Niewyjaśniona tajemnica zamachu w hotelu Victoria w Warszawie

Bywa, że wzdychamy do spokojnych czasów lat 70. i 80. XX wieku – wtedy to nie było strzelanin, uzbrojonych patroli w stolicach. Tymczasem w tamtym okresie zamachy terrorystyczne były częstsze niż dziś, ofiar więcej, a procedury bezpieczeństwa żadne.

Próba mordu w hotelu Victoria była szokiem dla mieszkańców Warszawy. Jak mówił generał Petelicki „ówczesna komunistyczna Polska nie była świadkiem porachunków mafijnych, strzelanin ani zamachów terrorystycznych”. W 1981 roku warszawiaków interesowało, jak by tu zdobyć papier toaletowy i gdzie rzucili mięso. Ze spraw politycznych – czy będą znów podwyżki cen, czy iść na demonstrację oraz czy jednak nie wejdą do nas Rosjanie. Strzelanina, idiotyczne.

Hotel twoich snów

Victoria w szarej, komunistycznej Warszawie była wyspą luksusu. Urządzona niezwykle, w lekko dekadenckim stylu postmodernistycznym, trochę na wzór włoski. Najbardziej ekskluzywne miejsce spotkań, plan wielu filmów, jak „Wielki Szu” czy „07, zgłoś się”, tu setka wódki kosztowała sto złotych, oficerowie wywiadu skarżyli się na ceny, a rezydentki wydawały się im bezczelne i zbyt wyzywające. Po prostu wielki świat.

Trzeba było być Jerzym Dziewulskim, by wciskać wszystkim wokół, że załatwił sobie po znajomości wstęp na basen, a rezydenci hotelu nie interesują go ni trochę. Właśnie Dziewulski pławił się w saunie z Abu Daudem, twierdząc potem, że nie miał zielonego pojęcia, kim był jego sąsiad. Dziewulski był wówczas milicjantem, z praktyką w wydziale kryminalnym, potem w Komendzie Stołecznej, po szkoleniach w specsłużbach Izraela i z doświadczeniem w brygadzie antyterrorystycznej (w linku współczesne ćwiczenia antyterrorystów w Victorii).

Takich jak on, członków elit służb śledczych i wywiadowczych, plątało się tam pełno, ale nawet gdyby akurat żaden nie przebywał w Victorii, to hotel był naszpikowany podsłuchami. Okablowanie było w pokojach, na korytarzach, w restauracji.

Gdy w 1971 Edward Gierek pytał, czy towarzysze pomogą zbudować nową, silną Polskę, podjęto decyzję, by kraj zza żelaznej kurtyny otworzyć na Zachód i na twarde dewizy. Aby przyciągnąć ważne osobistości ze świata, postanowiono zbudować prawdziwie reprezentacyjny hotel. Powstał obiekt na miarę naszych możliwości (który otwierał oczy niedowiarkom)Projekt przygotowało dwóch wybitnych polskich architektów, realizacją zajęła się szwedzka Skanska, zastosowano najnowsze rozwiązania architektoniczne. Aby pracować w Victorii, trzeba było znać języki, mieć odpowiednią prezencję i ujmujący sposób bycia. Taksówki pod hotelem czekały na klientów (w tamtych czasach na ogół to klienci czekali na taksówki). Ponieważ oficjalny kurs dolara w latach 70. był śmiesznie nieadekwatny do prawdziwej wartości USD, a walutę można było wymieniać tylko w banku, podstawowym problemem cudzoziemców była niemożność nabycia złotówek. Problem rozwiązywali cinkciarze, obecni we wszystkich polskich hotelach i przed nimi. Milicja zadbała, by rezydentów hotelu obsługiwała elita cinkciarskiego światka – znający języki, pilnujący kursu i legalności banknotów oraz w razie potrzeby skłonni do współpracy z władzą ludową. Powstał hotel, do którego osoby, których działalność trzeba było starannie kontrolować, same się pchały: agenci, terroryści, władcy, bonzowie.

Pierwszymi gośćmi hotelu byli zażywni, bogato odziani włoscy biznesmeni. Ponoć ich wizyta zaskoczyła wszystkich, z polskimi bezpiecznikami na pierwszym miejscu. Delegaci włoskiej mafii na naradzie w kraju, w którym nikt nie wpadłby z karabinem do sali obrad ani nie zajął aresztowaniami. PRLowskie służby specjalne wychodziły z założenia, że zorganizowana przestępczość świata zachodniego nie jest problemem władzy ludowej. Władza ludowa była nawet gotowa sprzyjać działalności, która na zachodzie była ścigana przez prawo, w imię leninowskiej zasady, że kapitaliści kiedyś sami się pozabijają. Dopóki goście płacą w twardej walucie i nie sprawiają problemów, mogą w Victorii gościć. Próbowano nawet zwerbować jednego z Włochów, szantażując zdjęciami i nagraniami, w których główną rolę grał on i kilka pań w rozmaitych konfiguracjach. Włoch zareagował tak, jak wychowani w katolicko-komunistycznym kraju tajniacy nie byli w stanie przewidzieć – z zachwytem zapoznał się z materiałem i poprosił o kopie, by móc pochwalić się żonie i kolegom. Służba bezpieczeństwa odpuściła mu – najważniejsze, żeby w kraju było stabilnie.

W kraju ma być spokój i mają być dewizy

Gdy powstawała Victoria, w Europie Zachodniej wcale nie było bezpiecznie. To lata aktywności organizacji takich jak Czarny Wrzesień, ETA, IRA, Czerwone Brygady, Rewolucyjne Komórki Bojowe, Frakcja Czerwonej Armii. Specjaliści uważają, że lata 70. i 80. ubiegłego wieku były o wiele krwawsze niż współczesne. Było więcej zamachów oraz więcej ofiar śmiertelnych.

1972 – Monachium, 17 ofiar, a w ciągu całego roku zginęło tragicznie ponad 400 przypadkowych osób, m.in. 27 w zamachu bombowym w Czechosłowacji, 13 osób podczas Krwawej Niedzieli, 26 osób w Izraelu z rąk aktywistów Japońskiej Armii Czerwonej.

W 1974 w Wielkiej Brytanii co trzy dni dokonywano jednego ataku.

W 1976 uprowadzono samolot Air France, porwania zgodnie dokonali arabscy aktywiści Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny oraz Niemcy z Komórek Rewolucyjnych, wspierani niemalże oficjalnie przez dyktatora z Ugandy, Idi Amina – „tylko” trzy ofiary śmiertelne i wielki międzynarodowy skandal. W tym roku jednak wszystkich ofiar śmiertelnych było około 320.

1980 – zamach na dworcu kolejowym w Bolonii, 85 zabitych, 200 rannych, pod zamachem podpisały się neofaszystowskie Zbrojne Komórki Rewolucyjne.

1988 – chyba najkrwawszy rok, 270 zabitych w zamachu nad Lockerbie, za który odpowiedzialność wzięła Libia, ale śledztwo wykazało więcej wątpliwości niż odpowiedzi, każąc szukać winnych również w RPA, Iranie, USA.

Juan Maríę Fernándeza y Krohna). Nie należy wyciągać łatwych wniosków – spora część tych gości przebywała na terenie Polski niezaproszona i nieproszona. Wywiad, kontrwywiad, a także Departament III (tu działał specjalny Zespół ds. Zwalczania Terroryzmu) miały za zadanie uważnie monitorować „gości” i strzec bezpieczeństwa kraju niejako ponad interesami politycznymi. W rozpracowaniu niepożądanej aktywności organizacji terrorystycznych aparat bezpieczeństwa pracował ze służbami bratnich krajów komunistycznych, również (oficjalnie) z Organizacją Wyzwolenia Palestyny.

Interes państwa nakazywał, by w ramach dobrych stosunków gospodarczych i politycznych korzystać z potencjału PRL i dokonywać bieżącej wymiany gospodarczej oraz świadczyć usługi dla zaprzyjaźnionych krajów. Broń była sprawdzonym, wysokiej jakości towarem. Transportowano ją do kontrahentów na Bliskim Wschodzie drogą lotniczą, czasami zwykłymi lotami rejsowymi. Pewnego dnia w Bejrucie polskie granaty opakowane w ręczniki hotelu Victoria  wysypały się z pękającej torby podróżnej, jednak skandalu politycznego z tego nie było. W latach 1973-83 Muammar Kadafi kupił w Warszawie broń w około 40 transzach wartych w sumie 700 mln dolarów. Rząd polski prowadził biznesy również z Monzerem Al Kassarem, Syryjczykiem, przewalającym z Polski na Bliski Wschód broń wartą kilka milionów dolarów rocznie. Kassar zresztą sprowadzał towar z Polski oficjalnie jeszcze w latach 90., mając tu dobrze prosperującą firmę i nie przejmując się zmianą ustroju. Takich kupców było więcej.

Lata 1980 i 1981 przyniosły władzy ludowej zagrożenie wytęsknionego spokoju. Tłumy na ulicach, wolne związki zawodowe – fachowcom od bezpieczeństwa ciężko było działać w takich warunkach. I jeszcze zagraniczne rozgłośnie z propagandą leżącą na przeszkodzie w wzmacnianiu jedynie właściwego ustroju. W lutym 1981 roku w monachijskiej siedzibie Radia Wolna Europa dokonano zamachu bombowego. Śledztwo wykazało, że autorem zamachu był, na zlecenie Nicolae Ceausescu, „Szakal” a.k.a. Carlos. Dokładnie w tych latach, 198-81, Carlos przebywał wielokrotnie w Polsce. Wjeżdżał, posługując się paszportami jemeńskim i libańskim. Polskie służby miały, dzięki swojej agenturze w RWE, szczegółowy plan zabezpieczeń radia. Wiele faktów wskazuje na to, że Carlos wspierany był wtedy przez polskich oficerów.

I jeszcze jedna przemykająca się przez Polską Rzeczpospolitą Ludową postać: Mohammad Oudeh czyli Abu Daoud, główny organizator zamachu w Monachium. Abu Daoud był tu wiele razy, pierwszy raz w 1975, trzy lata po zamachu w Monachium. Polacy, jak mówił, byli doskonałymi współpracownikami, prowadził negocjacje z ludźmi z rządu odpowiedzialnymi za kontakty zagraniczne. Daoud był odpowiedzialny za zakup broni dla Organizacji Wyzwolenia Palestyny: karabiny AK, granaty, pistolety. Był tu również szkolony przez polskich żołnierzy.

Monachium

Rewolucyjna Rada Fatah, Arabska Rada Rewolucyjna, Arabska Brygada Rewolucyjna, Czarny Lipiec, Organizacja Czarny Wrzesień, Rewolucyjna Organizacja Socjalistycznych Muzułmanów – to wszystko nazwa jednej organizacji. Łatwo się w tym pogubić, zwłaszcza, że do dziś działa świecki (w przeciwieństwie do Hamasu) ruch al-Fatah, zadeklarowany jako pokojowy (chwilowo pominiemy aktywną w nim zbrojną frakcję Tanzim). Najbardziej rozpoznawalna jest nazwa Organizacja Czarny Wrzesień. Posługując się nią ugrupowanie to dokonało w 1972 roku zamachu w Monachium.

Igrzyska olimpijskie w Monachium miały złą prasę jeszcze zanim się zaczęły. W Europie pamięć zarówno o ofiarach holocaustu jak i o jego sprawcach była wciąż bardzo żywa. RFN przystępując do organizacji bardzo się starały, by opinia publiczna zapomniała o pokazówkach z 1936 roku, uniesionych w górę ramionach, flagach z kołem i swastyką, a zapamiętała radosne widowisko sportowe, bez broni, kontroli, przemocy. Sportowcy Izraela długo zastanawiali się, czy wziąć udział w tych zawodach i w końcu uznano, że będzie to doskonały gest propagandowy: „Oto byliśmy ofiarami, a teraz zwyciężymy pokojowo”.

Przed igrzyskami policyjny psycholog przygotował 26 najgorszych możliwych scenariuszy, które mogłyby wydarzyć się w trakcie sportowego święta. 21. scenariusz zakładał atak arabskich terrorystów na izraelskich sportowców. Scenariusz odrzucono jako niedorzeczny.Wioska olimpijska była chroniona w nieznacznym stopniu. Kontrolę dokumentów pomijano lub wykonywano niedbale. Ochrona nie była wyposażona w żadną broń. Izraelczycy zostali zakwaterowani w osamotnionym budynku blisko bramy i mieli otrzymać tam dodatkową ochronę, ale ostatecznie jej nie otrzymali.

września, o 4:30 do wioski wracała z miasta grupa amerykańskich sportowców. Mieli rozrywkowy nastrój, dlatego postanowili ominąć bramę i dotrzeć na kwatery przez płot, tak jak zresztą robiło wiele osób. Na swojej drodze spotkali 5 sprawnych chłopaków, dobrze zbudowanych i ubranych w dresy, którzy podobnie jak i Amerykanie mieli zamiar wleźć do strefy dla sportowców przez płot. Chłopaki nieśli dość ciężkie worki marynarskie, więc Amerykanie pomrugali porozumiewawczo i pomogli swoim nowym przyjaciołom dostać się do wioski.

5 gości z marynarskimi workami dysponowało 2 kluczami do kwater Izraelczyków. Do budynku dostali się bez przeszkód, potem weszli do pokojów. Dwóch sportowców zginęło prawie natychmiast przy próbie stawienia oporu napastnikom. 9 innych zostało zaskoczonych we śnie i wziętych do niewoli. Napastnicy postawili żądania zwolnienia z więzień 234 bojowników (arabskich i nie tylko) przetrzymywanych w Izraelu oraz dwojga terrorystów w Niemczech – Ulrike Meinhof i Andreasa Baadera. Izrael odrzucił możliwość jakichkolwiek negocjacji. Niemcy chcieli takowe podjąć, ale ich propozycje nie zadowoliły porywaczy w żadnym stopniu. 9 sportowców oraz jeden niemiecki policjant zginęli podczas nieudanej akcji odbicia zakładników. Zastrzelono 5 z 8 terrorystów. Trzech, którzy przeżyli, zwolniono z więzienia 5 lat później, na skutek akcji porwania samolotu Lufthansy „Landshut” do Somalii.

W 1972 roku na polecenie premier Goldy Meir Izrael rozpoczął operację „Gniew Boży” (nazwa alternatywna ”Źródło Młodości”), mającą na celu zemstę za mord w Monachium. Do 1979 roku Mossad tropił i zabijał każdą osobę zaangażowaną w organizację olimpijskiej masakry. Każdą z wyjątkiem Abu Daouda, głównego organizatora monachijskiej akcji zbrojnej, który poruszał się swobodnie pomiędzy państwami, handlował bronią z komunistami i szkolił się w Polsce.

Sześć kul we wroga

2 sierpnia 1981 roku Express Wieczorny umieścił sensacyjną notkę o strzelaninie w Victorii. Express był chyba jedynym w kraju solidnym brukowcem, popołudniówką specjalizującą się w pisaniu o tym, kto kogo nożem pociął lub gdzie zaaresztowano bimbrowników. Strzały w ekskluzywnym hotelu były dlań doskonałym tematem. To był jedyny w Polsce tekst, który powstał wtedy o tym zdarzeniu. Służba bezpieczeństwa, która błyskawicznie wzięła się do roboty, starała się zablokować wszelkie informacje i prawie się to udało.

Dzień wcześniej, 1 sierpnia w godzinach wieczornych pod Victorię podjechała karetka i radiowozy. Umundurowani milicjanci zostali na dole, ci w cywilu roili się po obiekcie. Na skórzanym fotelu w lobby, zanim zabrali go sanitariusze, siedział z ciężko zwieszoną głową ranny człowiek. Jasne spodnie, jasna rozchełstana koszula – wszystko było naznaczone krwią. Krew sączyła się ze szczęki, płynęła na pierś, brzuch i nogi. Krwawy szlak prowadził aż na pierwsze piętro, do kawiarni Opera, w której szlochała ranna w rękę kobieta. Kobieta dostała kulę, która miała trafić człowieka w jasnej koszuli. Przypadkowy postrzał.

Rannego przetransportowano do szpitala akademickiego na Banacha. Operowano natychmiast. Z ciała wyjęto 5 kul – dwie z klatki piersiowej, dwie z brzucha, jedną ze szczęki. Następnie przewieziono go do szpitala MSW i postawiono straż z BORu oraz dodatkową, co wydaje się niewiarygodne zwłaszcza w takim kraju jak ówczesny PRL, z uzbrojonych bojowników OWP. Po 2 tygodniach leczenie przejęli specjaliści z Niemieckiej Republiki Demokratycznej w Berlinie, gdzie funkcjonariusze STASI zarezerwowali dla pacjenta cały oddział jednego ze szpitali. Ranny mężczyzna, mimo uszkodzeń płuc i jelit, przeżył. Przeżył kolejne 22 lata, aż zmarł w łóżku na niewydolność nerek, żegnany przez wierną żonę i sześcioro kochających dzieci.

Od momentu, gdy recepcja hotelu powiadomiła milicję, zarówno funkcjonariusze z Komendy Stołecznej, jak i wszelkie służby specjalne kraju, popisały się niezwykłą skrupulatnością działania. Milicjanci przesłuchali świadków zdarzenia, a było ich prawie stu. Sporządzono bardzo dokładny portret pamięciowy strzelca – niewysoki mężczyzna, prawdopodobnie z Bliskiego Wschodu, elegancki. Milicyjny rysownicy przyłożyli się do pracy, kopie ich rysunków przesłano do wszystkich punktów granicznych. 5 dni później na przejściu w Cieszynie zatrzymano dwóch Irakijczyków. Jeden dokładnie odpowiadał opisowi, a dodatkowo ofiara strzelaniny potwierdziła „tak, to ten”. Znaleziono też pistolet, z którego dokonano zamachu. Z powodów, które do dziś nie są jasne, podejrzanego wypuszczono w krótkim czasie.

Pozostało umyć podłogę w hotelu.

Abu 1

1 sierpnia 1981 w Victorii strzelano do Abu Daouba, terrorysty, bojownika o wolność, aktywisty, handlarza bronią, a w przeszłości nauczyciela matematyki i niedoszłego prawnika, zawsze oddanego Palestynie, męża i ojca. Daoub odwiedzał Polskę wielokrotnie i był doskonale znany wywiadowi, kontrwywiadowi, sferom rządowym. Był jednym z działaczy organizacji o charakterze wg jednych narodowo-wyzwoleńczym a wg innych terrorystycznym, którym pozwalano na działalność w PRL w zamian za niepisane porozumienie o pozostawieniu Polski w spokoju i nieorganizowaniu tu żadnych niebezpiecznych akcji. Gdy doń strzelano, zbliżała się 9 rocznica zamachu w Monachium. Mimo upływu lat i kolejnych śmierci osób powiązanych z Monachium, Abu wciąż żył. Agenci Mossadu, działając nie tylko z polecenia premier Izraela, ale i pobudek osobistych, dokonali bezwzględnych egzekucji wszystkich osób powiązanych z zamachem. Abu Daoub, ostatni z liczących się w Czarnym Wrześniu bojowników – żył.

Gdy pierwsi milicjanci wpadli do Victorii tego sierpniowego wieczora, byli przekonani, że wezwano ich do porachunków arabskiego światka. Gdy potem ranny przekonywał ich, że to Mossad przeniknął do Polski przez żelazną kurtynę i to morderca z Izraela doń strzelał, prowadzący sprawę wzięli pod uwagę taką ewentualność. Właściwie wszystko pasowało. Nie zgadzał się w tym tylko brak skuteczności w przeprowadzeniu zamachu. Egzekutorzy pozostałych członków Czarnego Września ani razu nie dali porwać się emocjom i nie wpakowali w swoją ofiarę pięciu kul, paprząc robotę. Morderczym standardem były dwa strzały w pierś i następnie strzał w głowę. Nikt nigdy nie władował w swój cel pełnego magazynku, przy świadkach, raniąc przypadkowe osoby i narażając się na zatrzymanie lub śmierć.

Abu Daoub, po tym jak oberwał pięciokrotnie z małej odległości, opuścił kawiarnię o własnych siłach. Życie uratowała mu jego własna zimna krew oraz błąd zamachowca. Pierwszy strzał został źle wymierzony. Daoub wstał zza stolika i runął na zabójcę. Ten cofnął się i strzelał dalej, starając się zatrzymać Palestyńczyka w miejscu, ale dalej nie dość celnie. Przypadkowy strzał do siedzącej obok kobiety dowodził, że strzelającemu puściły nerwy. I że – pewności nie ma, ale jest to bardzo prawdopodobne – najpierw wymierzył w głowę zamiast w korpus swojego celu. Dziwne jak na zawodowca. Nieprofesjonalne.

Jeszcze dziwniejsza rzecz stała się kilka dni później, gdy postrzelony Arab leżał w warszawskim szpitalu, chroniony przez BORowików i własnych, uzbrojonych po zęby ludzi. Do generała Kiszczaka, ówczesnego szefa resortu spraw wewnętrznych, trafili z wizytą oficerowie CIA. Zirytowani strzelaniną w kraju, w którym do tej pory pod tym względem był święty spokój i który TAKICH kłopotów ich wywiadowi nie sprawiał. Amerykanie wyłożyli na stół listy nazwisk osób, które polskie specsłużby wspierały i chroniły. „Chronicie terrorystów, przestańcie” powiedzieli z naciskiem agenci ze Stanów. „Dlatego przeprowadziliśmy rozmowy z ludźmi z listy, prosząc, by opuścili nasz kraj. I wyjechali, potrzebowali tylko trochę czasu na zamknięcie swoich spraw. Jedni kilka dni, inni parę tygodni” powiedział Kiszczak. Czy gdyby wspierany przez USA Mossad dokonał zamachu w Victorii, Amerykanie zadziałaliby w ten sposób?

Śledztwo zamknięto bez odpowiedzi, kto stał za zamachem, a sam bohater tej historii nie palił się, by udzielać w tym względzie wyjaśnień. Mówił dużo o Czarnym Wrześniu, o więzieniach, w których przebywał, o zamachu w Monachium, o Palestynie i swoich ideałach, mówił nawet o tym, jak lubił kiedyś uczyć matematyki. O osobie, która podarowała mu pięć głębokich blizn na resztę życia, zamilkł.

Dlaczego? Być może dlatego, że za zamachem nie stał wcale Mossad lub stał nie tylko Mossad. Palestyńczyk żył od lat z wyrokiem od Izraela i nie musiał udawać, że to wcale nie Izraelczycy go próbowali zabić. Wszyscy wiedzieli, że zabójcy z Tel Awiwu prędzej sami zginą niż zaprzestaną zemsty. Wróg był znany.

Abu 2

Ale nie wszyscy wiedzieli, że w kolejce po broń, szkolenia i wsparcie z krajów bloku wschodniego stoi konkurencja dla Daouba. Abu Nidal, od 1974 był w ostrym konflikcie z OWP i Arafarem, a co za tym idzie – z Daoubem. „Konflikt” to zresztą eufemizm, Abu Nidal miał wyrok śmierci wydany przez OWP za nadużycie władzy i sprzeniewierzenie pieniędzy. Działał na własną rękę jako przywódca organizacji Fatah-Rada Rewolucyjna, grupującej wokół siebie około 3 tys. aktywistów, uważających Jassera Arafata za polityka słabego, niekonsekwentnego i skłonnego do nienawistnego dla nich pertraktowania z Izraelem. Do 1987 roku Abu Nidal w Polsce miał legalną firmę (handlującą bronią), mieszkał przy ul. Bagno 3/24 w Warszawie, a jego dzieci chodziły do pobliskiej szkoły. Latami działał na zlecenie Iraku, potem Syrii, Libii, wreszcie Iranu. Specjalizował się w terroryzowaniu swoich braci w wierze w takim samym stopniu, w jakim głosił nienawiść wobec Izraela. Jego ludzie mordowali współpracowników Arafata i szykowali spisek na szefa Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Czy naprawdę stał za jakimiś zamachami na Izraelczyków – to nie jest pewne. Za to często podnosi się tezę, że w gruncie rzeczy był agentem Tel Awiwu i swoją działalność prowadził jeśli nie na zlecenie Mossadu, to za jego przyzwoleniem.

W 1981 roku jego firma, SAS Foreign Trade and Investment Company, zajmująca się handlem bronią, miała siedzibę w wieżowcu Intraco w Warszawie przy ulicy Stawki 2. SAS miało duże obroty. I najpewniej chciało je jak najdłużej utrzymywać na wysokim poziomie.

Abu Daoub mógł być dla Nidala przeszkodą w zmonopolizowaniu handlu bronią na linii Polska – Bliski Wschód. Nidal, choć nienawidził wszystkiego, co związane z OWP, nie miał obiekcji, by handlować ze wszystkimi. W trakcie wojny iracko – irańskiej, która trwała właśnie wtedy, gdy w Victorii strzelano do Daouba, sprzedawał broń bez wyrzutów sumienia obu stronom konfliktu.

Jak naprawdę było, prawdopodobnie nie dowiemy się nigdy. Dokumenty ze śledztwa z sierpnia 1981 przetrwały, ale nie zawierają konkluzji. Abu Daoub zmarł blisko miejsca, gdzie spędził dzieciństwo, w otoczeniu bliskich w wieku 73 lat na ciężką chorobę nerek. Abu Nidal zginął na wygnaniu w Bagdadzie w niejasnych okolicznościach (znaleziono ciało z kilkoma ranami postrzałowymi, wg wywiadu irackiego popełnił samobójstwo). Każdy z nich zabrał swoją prawdę do grobu.

źródło: zaufanatrzeciastrona.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *