Od Dubaju do Warszawy – historia kompromitującej wpadki izraelskich służb

Specjaliści zaopatrujący Hamas w broń rzadko umierają w łóżku. Na końcu ich życiorysów z reguły jest eksplozja, seria wystrzałów lub tajemnicze zaginięcie. Ale śmierć w pościeli w luksusowym hotelu, w ciszy i na skutek wylewu? Nieprawdopodobne.

Gdy w Dubaju zginął zabójca izraelskich żołnierzy, lokalna policja przeprowadziła wzorowe śledztwo. Na skutek trywialnych błędów izraelskich agentów ich spisek i morderstwo zostały wyjątkowo precyzyjnie udokumentowane i odtworzone – łącznie z pełną relacją wideo z ich poczynań. To była kompromitacja – choć sama akcja zakończyła się śmiercią ofiary a sprawcy uniknęli odpowiedzialności. Przeczytajcie, jak namierzono rzekomo elitarnych agentów.

Pierwsze powstanie

„Jeśli czegoś żałuję, to tego, że temu drugiemu nie strzeliłem w twarz” powiedział w wywiadzie udzielonym stacji Al-Jazeera zamaskowany Arab. Zidentyfikowanie go nie stanowiło problemu dla agentów Mossadu. Mahmoud al-Mabhouh był namierzany od 20 lat. W 1989 brał udział w porwaniu i zabiciu dwóch izraelskich żołnierzy, Aviego Sasportasa i Ilana Saadona. Od tego czasu powinien był uważać się za martwego.

Pierwsza Intifada wybuchła, gdy świat nieco już się znudził konfliktem na linii Izrael-Arabowie ze Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu Jordanu. Nawet bogaci arabscy sojusznicy pod koniec lat 80-tych XX wieku odsunęli się od mieszkańców tamtego rejonu, a Organizacja Wyzwolenia Palestyny, szukając poparcia na zewnątrz, zaczęła tracić je na własnym terenie. Palestyńczycy byli coraz bardziej sfrustrowani, OWP w oddaleniu na obczyźnie, a na miejscu działać zaczął radykalny islamski Hamas. „Izrael brutalnie nas uciska” podkreślali przywódcy duchowi. 8 grudnia 1987 roku izraelski samochód wojskowy wjechał w grupę Palestyńczyków, zabijając 4 z nich. Wybuchły zamieszki i wtedy przy pacyfikowaniu ich ktoś z izraelskich żołnierzy nacisnął spust karabinu. 5 ofiarą, pierwszą od żydowskiej kuli, był młodziutki 18-letni muzułmanin. Płacz, niedowierzanie, wściekłość – tłum chwycił za kamienie i tak zaczęło się pierwsze powstanie, Intifada.

Wtedy wszystko poszło nie tak, jak pójść powinno. Specyficzna taktyka Palestyńczyków zakładała, że dzieci i młodzież na pierwszej linii będą rzucać w policjantów izraelskich kamieniami. Za plecami dzieci stali dorośli z karabinami, granatami i koktailami Mołotowa. Początkowo Izraelczycy mieli Palestyńczykom łamać kości. Najzupełniej dosłownie, w ruch przeciwko dzieciom poszły drewniane pałki. Wg szacunków organizacji „Save the Children” w wyniku takich działań pomocy medycznej potrzebowało od 23.600 do 29.900 dzieci, z czego co trzecie miało mniej niż 10 lat.

W wyniku wojny kamieni zginęło 1162 Palestyńczyków (w tym 241 dzieci) i 160 Izraelczyków (w tym 5 dzieci). Dorosłymi ofiarami często były osoby, które dopiero skończyły 18 lat.

Wśród ofiar był m.in. Avi Sasportas, sanitariusz, i Ilan Saadon, żołnierz służby pomocniczej. W chwili porwania obaj byli na urlopach i podróżowali autostopem. Każdy z nich zatrzymał auto, wiozące ortodoksyjnych Żydów w podróż i każdy z nich dosiadł się bez strachu. Ortodoksyjnymi Żydami okazali się być przebrani żołnierze Hamasu. Jednym z nich był wówczas trzydziestoletni Mahmoud Abdel Rauf al-Mabhouh. To on był odpowiedzialny za porwanie, za późniejszą egzekucję i zbezczeszczenie zwłok porwanych.

Dwa nieudane zamachy

Takich jak Mahmoud nie było wtedy wielu. Mahmoud był nie tylko płonącym nienawiścią aktywistą Hamasu – przede wszystkim był zdyscyplinowany, zdeterminowany i potrafił spokojnie, planowo działać. Jako bardzo młody człowiek wstąpił do Bractwa Muzułmańskiego. Pod koniec lat 80. izraelskie siły okupacyjne złapały go z kałasznikowem w bagażniku. Odsiedział rok w więzieniu, twierdził, że był tam torturowany. Po uwolnieniu Mabhouh dołączył do skrzydła militarnego niedawno powstałego Hamasu. I gdy w tym czasie większość Palestyńczyków walczyła z izraelskimi okupantami procą i kamieniami, Mabhouh umiał zaplanować morderstwa.

Mabhouh ukrywał się w Strefie Gazy przez kilka pierwszych miesięcy po zabójstwach, a następnie uciekł do Egiptu. Rząd w Kairze początkowo rozważał postawienie go przed sądem lub ekstradycję do Izraela, ale obawiając się kłopotów, postanowił deportować go do Libii. Później Mabhouh pojechał do Jordanii, gdzie stworzył bazę Hamasu, z której szmuglował broń na Palestyński Zachodni Brzeg i planował ataki na izraelskich turystów. W 1995 r. przeprowadził się do Damaszku, gdzie nawiązał kontakt z irańską Strażą Rewolucyjną.

Otrzymał pieniądze i rakiety w Iranie oraz zbierał darowizny w państwach Zatoki Perskiej, aby sfinansować ataki terrorystyczne podczas drugiej Intifady. Przez kolejne 20 lat al-Mabhouh zajmował się zaopatrywaniem Hamasu w broń i materiały wybuchowe. Miał odgrywać kluczową rolę w tworzeniu powiązań między Hamasem a The Quds Force czyli jednostką specjalną irańskiej Straży Rewolucyjnej. Taki człowiek jak al-Mabhouh jest kimś zupełnie innego pokroju niż zaślepiony ideologią terrorysta. Mahmoud al-Mabhouh był ważną postacią, był mądry, uważny i groźny.

takich ludzi Izrael chciał eliminować jak najszybciej.

Izraelska agencja wywiadowcza miała dwa powody, by jak najszybciej usunąć al-Mabhouha – eliminacja groźnej postaci z szeregów przeciwnika oraz zemsta. Izrael nie był jedyny, który szukał Mahmouda. Poszukiwano go również w Egipcie i Jordanie. A jednak al-Mabhouh uniknął śmierci dwukrotnie. Pierwszy zamach na niego był przyszykowany metodą, która przeciętnemu obserwatorowi doskonale kojarzy się z Bliskim Wschodem: Mahmoud miał zginąć w wybuchu samochodu-pułapki. Do drugiego agenci Mossadu przygotowali się starannie: Palestyńczykowi udało się podać truciznę, która miała na zawsze usunąć go z tego świata. Nieprawdopodobne: przeżył. Pozostawał nieprzytomny przez 30 godzin, ale przeżył. W Mossadzie wszyscy bardzo się zdenerwowali.

Trzecie zabicie Mahmouda

Mahmoud od prawie dwóch dekad uciekał przed zemstą Izraela, zmieniał tożsamości, poruszał się pomiędzy granicami. W styczniu 2010 roku znalazł się w Dubaju, prawdopodobnie w drodze na kolejne negocjacje z Iranem. Rodziny jego pierwszych ofiar były wtedy przekonane, że oprócz niego wszyscy inni zaangażowani w porwania i zabójstwa już nie żyją.

Al-Mabhouh niedawno udzielił wywiadu dla Al-Jazeery i opowiedział tam o tym, jak zabił dwóch izraelskich żołnierzy w 1989 roku. Stacja ukryła twarz Mabhouha, ale głosu nie zniekształciła. Mahmoud opisał ze szczegółami, jak przebrał się ze wspólnikiem za ortodoksyjnego Żyda, a następnie porwał, zabił i porzucił ciała dwóch żołnierzy: Avi Sasportasa i Ilana Saadona. Na pytanie, czy żałuje zabójstw, Mabhouh powiedział, że żałuje tylko, że nie postrzelił drugiego Izraelczyka w twarz.

Al-Mabhouh stale podróżował między Chinami, Iranem, Syrią, Sudanem i Emiratami, często przelatując przez Dubaj. Agenci Mossadu uznali, że akcję ostatecznego wyeliminowania Mahmouda należy przeprowadzić właśnie tam, w Dubaju. Miasto jest otwarte dla turystów i biznesmenów, a uzyskanie dostępu z zachodnim paszportem jest bezproblemowe.

Dubaj w niczym nie przypomina biednej Gazy ani zatłoczonej Jerozolimy. Nawet na lotnisku, przez które przewija się dziennie 100 tysięcy podróżnych wszystkich ras, religii i obyczajów, panuje porządek, spokój i widać dobrobyt. Mahmoud al-Mabhouh zameldował się w hotelu Al Bustan Rotana w Dubaju (wyłączcie muzykę, naprawdę: WYŁĄCZCIE) 18 stycznia 2010. Wraz z nim znalazło się tam nieznanych naszemu bohaterowi 27 innych osób, które w dalszej części opowieści będą mieć do odegrania ważną rolę.

Dwanaście z nich miało brytyjskie paszporty, sześć irlandzkie, cztery miały francuskie, kolejne cztery australijskie paszporty, a jeden osoba miała niemiecki paszport, wydany na nazwisko Michael Bodenheimer z Kolonii.

Osoby te – w większości – były członkami elitarnej jednostki Mossadu, Caesarei, nazwanej tak od starożytnego miasta w Palestynie. Kilku członków zespołu Caesarei było już wcześniej w Dubaju, w lutym, marcu i czerwcu 2009 r. Obserwowano cel, czyli Mahmouda al-Mabhouha, zapoznawano się też z terenem. Mossadowi zdarzyło się już zamordowanie niewłaściwego człowieka, przypadkowego marokańskiego kelnera, pracowicie zarabiającego na rodzinę w norweskim Lillehammer, a ceną tej pomyłki było więzienie dla agentów i wysokie odszkodowanie dla rodziny. Pal diabli cenę, reputacja agencji liczyła się ponad wszystko.

Michael Bodenheimer wylądował w Dubaju jako obywatel niemiecki. Michael był w Dubaju drugi raz, poprzednio przyleciał tu 29 marca 2009 r. Razem z nim przyleciał inny Niemiec, Alexander Varin. Oba nazwiska fałszywe. Varin i Bodenheimer 9 miesięcy wcześniej spotkali się z prawnikiem w Kolonii. Prawnik zajął się sprawą pana Michaela – składał właśnie wniosek o obywatelstwo niemieckie w imieniu ojca Michaela, Hansa Bodenheimera, rzekomo będącego ofiarą nazistowskiego reżimu. Zgodnie z niemiecką konstytucją osoby prześladowane przez nazistów, a także ich dzieci (czyli Michael) mogą ponownie ubiegać się o obywatelstwo i repatriację. Bodenheimer wobec adwokata oświadczył, że urodził się 14 lipca 1967 r. w izraelskiej wiosce Liman na granicy libańskiej. Powiedział również adwokatowi, że jego ostatni adres przed przeprowadzką do Niemiec znajdował się w izraelskim mieście Herzliya, w czteropiętrowym budynku przy ulicy Yad Harutzim 7. Tego, że w Limanie nigdy nikt taki się nie urodził, a przy Yad Harutzin po prostu znajdowała się skrzynka adresowa na nazwisko Bodenheimer, adwokat nie sprawdzał. Złożył dokumenty, a trzy miesiące później jego klient mógł już odebrać niemiecki paszport. Towarzyszył mu znów Varin, używający – chyba przez zaniedbanie – innego nazwiska, Jurij Brodsky.

ak więc w styczniu 2010 w Dubaju pojawił się już Niemiec, nie Izraelczyk.

Dlaczego z pozyskaniem paszportu było tyle zachodu? Mossad ma pewne problemy z zapewnieniem swoim agentom prawdziwych paszportów odpowiadających fałszywej tożsamości, ponieważ główne kraje, w których działa, (tak bywa) nie mają stosunków dyplomatycznych z Izraelem. Tak więc Mossad zazwyczaj używa paszportów Izraelczyków z podwójnym obywatelstwem lub fałszywych paszportów z innych krajów.

Po Bodenheimerze do Dubaju przylecieli Gail Folliard i Kevin Daveron z Paryża. Wraz z Peterem Elvingerem, który przyleciał z Zurychu, utworzyli oddział operacyjny. Peter Elvinger i członkowie jego zespołu zameldowali się w różnych hotelach. Wszystkie paszporty, z wyjątkiem opisanego niemieckiego paszportu, zostały zwyczajnie sfałszowane. Prawdziwi ludzie, których nazwisk użyto później zeznawali zgodnie i szczerze, że byli zupełnie nieświadomi do czego wykorzystywane są ich dane. Agenci płacili gotówką lub kartami amerykańskiej firmy Payoneer. Błąd: karty Payoneer używane przez większość z 27 członków jednostki komandosów są stosunkowo rzadkie w Dubaju, a CEO Payoneera, Yuval Tal, jest byłym członkiem elitarnej jednostki w armii izraelskiej. Zapłacić Payoneerem w Dubaju to jakby „Mossad was here” napisać. Błędem było też stosowanie jednolitego systemu łączności poprzez Wiedeń, łatwego do prześledzenia.

Nie, to nie zagrażało operacji, ale ułatwiało późniejsze zidentyfikowanie uczestników akcji. A nie jest dobrze zostać zidentyfikowanym agentem w Emiratach. Emiraty nie lubią agentów na swoim terytorium. Bardzo nie lubią, złapani agenci mogą być poddani torturom i skazani na śmierć. Szef policji Dubaju, Dahi Khalfan Tamim, był całe życie lojalny tylko wobec szejka Mohammeda bin Rashida Al Maktouma, nie obchodziły go rozgrywki tajnych służb na swoim terenie. Dahi Khalfan Tamim miał za zadanie zadbać o spokój i porządek i żeby nikt nikogo nie mordował bez jego zgody.

Wiemy – mówił szef policji – że wielu Izraelczyków przyjeżdża tutaj z nieizraelskimi paszportami, a my traktujemy ich tak, jak traktujemy każdego innego. Nie chcemy, aby Dubaj stał się krajem, w którym Izraelczycy zabijają Palestyńczyków.”

Mabhouh przybył do Dubaju. Wręczył urzędnikowi kontroli imigracyjnej paszport palestyński kupca Mahmuda Abd al-Raufa Mohammeda Hassana. To akurat była prawda – Mahmoud był kupcem. Potem udał się do hotelu Al Bustan. W holu hotelowym ze znudzonymi minami siedziało dwóch agentów Mossadu, na kolanach trzymali rakiety tenisowe, a na ramionach ręczniki. Siedzieli tak kilka godzin i już to zwracało na nich uwagę, podobnie jak demonstracyjne obnoszenie się z rakietami bez futerałów. Obaj nosili czapki z daszkiem i głęboko wierzyli, że pod daszkami czapek ich twarze nie będą rozpoznawalne. „To zabawne” komentował później Mohammed Haroun, szef hotelowej ochrony, „wiem, gdzie i pod jakim kątem zainstalować kamery”.

Mabhouh był uważny, rozglądał się, gdy wchodził do recepcji. Spojrzał przez ramię, kiedy wyszedł z windy na drugie piętro. Wchodzący z nim do windy dwaj tenisiści w średnim wieku nie zaniepokoili go jednak. Od tego momentu Mabhouhowi zostało pięć godzin życia.

Tenisiści zanotowali numer pokoju Mabhouha, 230, pokój dla niepalących, i wysłali informację smsem do Elvingera. Powiadomili agenta także o tym, jaki jest numer pokoju po drugiej stronie korytarza: 237. Elvinger wykręcił numer do hotelu „Witam, czy mógłbym zarezerwować pokój 237, bardzo lubię to miejsce…? Super, dziękuję”.

Mabhouh wyszedł z pokoju na około 4 godziny. Wg izraelskich źródeł, Mabhouh spotkał się z bankierem, który już wcześniej pomagał mu w wielu międzynarodowych transakcjach zbrojeniowych, a także agentem irańskiej Straży Rewolucyjnej. Faktyczny zespół zabójców wszedł do hotelu na około 2 godziny przed powrotem Palestyńczyka. Byli to czterej krępi mężczyźni w czapkach z daszkami, z plecakami i torbami na zakupy. Dwie ekipy biorące udział w rozpoznaniu zostały już w Al Bustan wycofane, aby uniknąć przyciągnięcia uwagi i zastąpione dwoma innymi. Jedna z nich została przebrana za brytyjskich turystów w kapeluszach. Gail Folliard i Kevin Daveron zostali przydzieleni do zabezpieczenia korytarza. Obaj zmienili już przebrania w innych hotelach w okolicy, i mieli peruki. Daveron przykleił nawet fałszywe wąsy i mundur noszony przez pracowników Al Bustan. Zadaniem tych dwóch było pilnowanie korytarza i odciągnięcie uwagi ochrony hotelu od poczytań 4 pozostałych agentów. A tych czterech właśnie wchodziło do pokoju 230.

O 20:24 Mabhouh wrócił do hotelu przez obrotowe drzwi w holu. Kupił sobie nowe buty, miał je w torbie plastikowej, w którą zapakowano je w sklepie. Pojechał windą na drugie piętro, do swojego pokoju. Nie zauważył mężczyzny z wąsami w mundurze hotelowym ani kobiety w ciemnej peruce, która przez pół godziny chodziła tam i z powrotem po wzorzystej, brązowej wykładzinie. Mabhouh otworzył drzwi pokoju 230. To musiało trwać tylko krótką chwilkę. Jedynymi oznakami walki były tylko złamane listwy ramy łóżka, które później znaleziono pod materacem.

Śmierć Palestyńczyka miała wyglądać naturalnie, tak, aby miejscowa policja nie została sprowokowana do nerwowych działań. Najpierw stwierdzono zgon z powodu wylewu krwi do mózgu. Dopiero z sekcji zwłok wyłania się inny obraz. Raport z autopsji stwierdza bowiem, że Mahmoudowi wstrzyknięto sukcynylocholinę, środek powodujący paraliż mięśni w mniej niż minutę. Potem uduszono go poduszką.

Hm, tyle że to nie jest pewne. Chlorek suksametoniowy można łatwo wykryć w ciele ofiary, a miejsce wstrzyknięcia również powinno być widoczne. Gwałtowne uduszenie zaś wywołuje wyraźne ślady na twarzy. Czy Mossad użyłby tak prymitywnej metody?

Rano, przed 9-tą pierwsi dwaj sprawcy stali przed windą. Mężczyźni są nabuzowani adrenaliną. Jeden nadal nosi gumową rękawiczkę, niezwykłą dla gościa hotelowego.

Członkowie zespołu opuścili Al Bustan i odjechali taksówkami na lotnisko. Daveron jako ostatni opuścił hotel, rozmawiał przez telefon komórkowy i ciągnął za sobą walizkę.

O 9.30 żona Mahmouda zadzwoniła doń na komórkę. Nie odebrał. Nie oddzwonił. W Hamasie już wiedziano, co to oznacza, gdy dobry muzułmanin, ojciec czwórki dzieci, nie oddzwania.

Śledztwo bez zwłoki

Gdy odkryto ciało Mahmouda al-Mabhouha, Dahi Khalfana Tamima trafił jasny szlag. Prawie pod nosem tajna agencja wywiadowcza zorganizowała mu egzekucję agenta Hamasu. Niech się mordują ile wlezie, ale nie na jego terenie, nie w Dubaju, nie tam, gdzie pieniądz krąży swobodnie, a wszyscy mają się czuć bezpiecznie!

Timim nakazał sporządzenie listy wszystkich, którzy przybyli do kraju na krótko przed zabójstwem i wkrótce potem wyjechali. Imiona zostały porównane z nazwiskami osób, które podróżowały do Dubaju w lutym, marcu, czerwcu i listopadzie 2009 r., czyli miesiącach, w których Mabhouh też tam był. Sprawdzono dokładnie taśmy z monitoringów hoteli, centrów handlowych i lotniska. Sprawdzono w ten sposób absolutnie każde nazwisko na liście pasażerów i gości hotelowych i zestawiono wyniki z monitoringiem w Al Bustan. Zidentyfikowano w ten sposób wszystkich członków jednostki komandosów. Płatności Payoneer i wyraźne połączenia z numerami w Austrii stanowiły dodatkowe mocne ślady.

Najpierw jednak zostało aresztowanych dwóch Palestyńczyków z Jordanii i poddanych ekstradycji do Dubaju. Anwar Shaibar i Ahmed Hassanain, ludzie uważani za związanych z palestyńskim ruchem Fatah, rzekomo pomagali zespołowi rezerwować pokoje hotelowe i wynajmować samochody. Okazało się jednak, że Hamas sfabrykował tę historię, by wplątać swoich politycznych rywali w sprawę. Tamim podjął ten ślad, bo dość długo nie chciał uwierzyć, że Mossad przeprowadził operację tuż pod jego nosem. „Myśleliśmy, aż do ostatniej chwili, że zabiła go inna palestyńska grupa” – mówi Tamim. „Nie myśleliśmy o Mosadzie, dopóki nie sprawdziliśmy filmów z monitoringu. Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że ci ludzie nie są Palestyńczykami – że nie mogą nimi być.

Tamim zebrał większość części swojej układanki. Powiadomił swojego przełożonego, emira, o wynikach śledztwa. W wywiadzie dla Al Jazeera powiedział, że nie może wykluczyć możliwości zaangażowania Mossadu w morderstwo.

Książę Koronny Mohammed Bin Zayed z Abu Dhabi i szejk Mohammed Bin Rashid Al Maktoum ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, premier oraz władca Dubaju, debatowali, jak postępować w sprawie. Doszli do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli oficjalnie ujawnią wyniki dochodzenia. Szef policji pojawił się przed prasą, trzymając na ręku kartkę ze zdjęciami i nazwiskami jedenastu podejrzanych o morderstwo. Zaprezentował też starannie przygotowany materiał filmowy dokumentujący zbrodnię.

Warto wspomnieć, że Dahi Khalfan Tamim był policjantem wybitnie skutecznym. Jego kariera od dawna była przykładem, czego można dokonać będąc osobą zawziętą, konsekwentną i do bólu logiczną. Rozwiązywał już trudne sprawy, takie jak skazanie przyjaciela prezydenta Hosniego Mubaraka za zamordowanie libańskiej piosenkarki czy tajemnicę morderstwa dowódcy z okresu pierwszej wojny czeczeńskiej, Sulima Jamadajewa. Ale przedstawiony przez niego materiał o morderstwie w hotelu Al Bustan Mahmouda to był majstersztyk. Izraelczycy wyszli na durniów.

Epizod warszawski

4 czerwca 2010 r., Alexander Varin, wspólnik Niemca Michaela Bodenheimera, a.k.a. Jurij Brodsky przyjechał do Warszawy. To było tylko międzylądowanie pomiędzy Tel Awiwem a Wilnem, ale wystarczyło, żeby na wniosek niemieckiej prokuratury federalnej aresztować go tutaj, w Polsce. Varin okazał się być ekspertem w Mossadzie w Europie i był wyposażony w kilka tożsamości. Zrobił błąd posługując się nazwiskiem Brodsky.

Sprawa jego ekstradycji, o którą wnioskowali Niemcy, przerodziła się w ciężką bitwę. Rząd Izraela użył wszystkich środków, by wywrzeć nacisk na stronę polską, by zapobiec ekstradycji. Pojawiły się wątki antysemickie, zrobiło się nieprzyjemnie. „Biorąc pod uwagę burzę medialną i fakt zainteresowania najwyższych władz Izraela ta sprawą, współczuje jednak władzom Polski, bo są w arcytrudnej sytuacji. Tu mamy trzy państwa – Polskę, Niemcy i Izrael, więc to słynne oskarżenie Polski o antysemityzm na pewno zostanie użyte, jeśli Polacy zdecydują się wydać mojego klienta Niemcom. Widzę już nagłówki prasy izraelskiej: W Polsce znów zwycięża antysemityzm” mówił Marcin Mamiński, adwokat zatrzymanego. Mecenas zresztą obstawał, że nazwisko „Brodski” jest popularne i zaszła pomyłka. Polacy ostatecznie znaleźli uciekli się do fortelu – byli skłonni wydać Varina Niemcom, ale najpierw zamierzali go osądzić o przestępstwo paszportowe, zatrzymując w RP. Ostatecznie Varin wyszedł za kaucją i natychmiast wyjechał do Tel Awiwu, a w tym czasie sąd w Kolonii za oszustwo paszportowe wyznaczył grzywnę w wysokości 60 000 euro. Załatwione. Spokój.

Głowy

Szef specjalnej jednostki Caesarei złożył rezygnację. Nie przyjęto jej. Meïr Dagan, szef Mossadu, oczekiwał przedłużenia kadencji. Premier Benjamin Netanyahu wyznaczył jednak nową osobę na to stanowisko, Tamira Pardo, a Dagan opuścił swoje biuro 6 stycznia 2011 r. Szef dubajskiej policji, Dahi Khalfan Tamim wezwał do dymisji premiera Netanjahu i obiecał ścigać sprawców „do końca”. No i opinia publiczna – mimo błędów, narażenia na szwank reputacji Mossadu, społeczeństwo Izraela uważało zamach na Mabhouha za sukces. „Trudno nazwać operację w Dubaju porażką„- to cytat z tekstu Aviego Issacharoffa, eksperta świata arabskiego w izraelskim dzienniku Ha’aretz (cytujemy za Der Spiegel). „Chociaż reputacja Izraela została nadszarpnięta na arenie międzynarodowej, cel operacyjny został osiągnięty„.

Ostatecznie lepiej stracić stanowisko, niż głowę. Człowiek uczy się na błędach, agenci Mossadu również. A rodziny zabitych dawno temu izraelskich żołnierzy są spokojne, że morderca ich synów nie żyje. Oko za oko.

 

źródło: zaufanatrzeciastrona.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *