Podkopem po majątek, czyli długie tunele, bankowe skarbce i worki banknotów

W Sao Paulo mieszka około 20 milionów mieszkańców. Gdyby tak każdy mieszkaniec miasta złożył w banku tylko jeden banknot, np. 50 reali, to w skarbcu znalazłby się miliard. Miliard reali to ok. 300 mln dolarów. W sam raz – kto chce? Kto ma łopatę?

Zwykle banki zabezpieczają swoje skarbce na wiele sposobów. Warto zacząć od tego, że skarbiec bankowy to na ogół bardzo solidna konstrukcja. Grube ściany, solidne stropy, nienaruszalne drzwi. Skarbca pilnują strażnicy – osobiście oraz poprzez monitoring. To standard, do tego dochodzą rozmaite zabezpieczenia, które wzajemnie się uzupełniają i powinny zadziałać, gdyby któreś zawiodło. Wydaje się, że napady na banki to rzecz dziś pracochłonna i niepraktyczna. Ale nie w Brazylii. I nie po sąsiedzku, w Argentynie. Nie, tam wystarczy się znać na swoim fachu, mieć łopatę i kilku pewnych współpracowników. Takich, którzy mają dość życia za kilka pesos dziennie, strachu przed byle smarkaczem biegającym z bronią i skorumpowanej policji. Takich, którzy mogą zainwestować, by zapracować na swoją dolę. A że czasami ktoś ginie? Takie życie.

Sierpień 2005, Fortaleza, Brazylia

8 sierpnia 2005 pracownicy filii Banco Central w Fortaleza odkryli, że ze skarbca wyparowało 3,5 tony banknotów. Banknoty były przeznaczone do zniszczenia, zatem ich numery przed złożeniem w banku nie zostały zewidencjonowane. Złodzieje przyszli po furę pieniędzy – 165 milionów reali, czyli około 71 milionów dolarów wg kursu z 2005. Oznaczało to, że zyskali dokładnie tyle, ile wynieśli – nie trzeba było legalizować banknotów, co z reguły oznacza stratę do 80% wartości przejętej gotówki. Tym razem łup wynosił 1:1.

Poniedziałkowy, sierpniowy poranek w Fortaleza. Pierwsza osoba, która odkrywa włamanie, nie zawiadamia policji – czeka na dyrektora. To normalne w Południowej Ameryce, zwierzchnik jest ważniejszy niż procedury i to on musi podjąć decyzję o wezwaniu śledczych. Zanim nadjedzie policja, bankowcy orientują się, że złodzieje nie wzięli ani centavo ze zgromadzonych nowych środków. Zniknęła gotówka przeznaczona do zniszczenia. Dyrektor wie, że to oznacza, że nie działali sami – ktoś z odpowiednim wyprzedzeniem uprzedził ich o dostawie banknotów. Po wielu miesiącach aresztowano jednego z pracowników ochrony, który dostarczył włamywaczom informacji.

Dwa dni wcześniej, 6 sierpnia, złodzieje weszli do środka przez 80-metrowy tunel 4 metry pod ziemią. Przewiercili metrową warstwę zbrojonego betonu. Wynieśli worek po worku wszystkie pieniądze. System alarmowy w skarbcu został oszukany w prosty sposób: złodzieje po wyjściu z tunelu rozstawili proste, drewniane przegrody w taki sposób, by poruszać się za nimi i w ten sposób nie dać się zarejestrować kamerom i nie uruchomić czujników ruchu.

W Brazylii rabusie bankowi to zupełnie inna kategoria niż tamtejszy przeciętny bandyta. Brazylia to kraj, w którym się najpierw strzela, a potem pyta. W dużym uproszczeniu – co 10 osoba posiada broń palną, z czego co druga ma broń nielegalnie. W 2016 w wyniku przestępstw co godzinę traciło życie 7 osób. W kraju, w którym skrajna bieda sąsiaduje z rozbuchanym bogactwem, przestępcy nie pracują w białych rękawiczkach.

Złodzieje w Fortaleza nie mieli białych rękawiczek, mieli ciężkie, brudne i robocze, ale zaplanowali swoją robotę bez broni, strzelaniny i trupów. Zaczęli od tunelu.

Tunel miał około 70 cm wysokości, był ostemplowany drewnianymi belkami tak, by strop się nie zawalił. Zamontowano prosty system wentylacyjny, zelektryfikowano i oświetlono. U wejścia znajdowało się pomieszczenie pełne rozsypanego budowlanego gipsu. Pomieszczenie owo mieściło się w budynku niedaleko banku. Opuszczonym. Przy parkanie wokół budynku znajdował się składzik, a w nim porządnie ułożone worki, pełne ziemi wydobytej przy tworzeniu podkopu.

Sprawdzono, kto wynajmował budynek, z którego rozpoczynał się podkop. Osobą ta okazał się Paulo Sergio, rzekomo prowadzący wytwórnię sztucznych trawników. Dokument tożsamości, którego kopia znajdowała się u właściciela budynku, pokazywał mężczyznę w średnim wieku, w czapce naciągniętej poniżej brwi. Data urodzenia na dokumencie tożsamości była datą rabunku. Zupełnie jakby składał podpis – to ja, szukajcie mnie teraz. Właściciel hotelu znajdującego się obok budynku wynajmowanego przez Paulo Sergio, zeznał, że widział sąsiada, gdy ten rozpoczynał działalność i okleił reklamami budynek. Paulo potem zainwestował w reklamę w prasie i dalszy marketing. Następnie sprowadził pracowników, 6-10 ludzi. Paulo był wysoki, miał ciemną karnację, był łysy. Jego zachowanie nie budziło obiekcji sąsiada – pogodny, grzeczny, uprzejmy dla wszystkich z pracownikami włącznie.

Włamanie tej klasy wymaga dobrej organizacji pracy i sporego budżetu.

Koszty:

  • wynajęcie budynku i rachunki za jego utrzymanie,
  • branding, marketing i reklama dla uwiarygodnienia podmiotu, który prowadzi tam działalność,
  • zatrudnienie personelu (inżynier nadzorujący tworzenie tunelu, elektryk, pracownicy tworzący podkop, osoba odpowiedzialna za logistykę, kierowcy, koordynator, osoba odpowiedzialna za PR sąsiedzki),
  • sprzęt i materiały (sprzęt do drążenia tunelu, drewno do stemplowania, kable, worki na ziemię, worki na banknoty),
  • materiały budowlane (gips, farba),
  • transport (zakup samochodów) – tylko na zakup samochodów zabezpieczono w budżecie operacji milion reali, kupiono ich 10,
  • cała operacja trwała kilka miesięcy, zatem niezbędne były środki na wynagrodzenie, wyżywienie, zakwaterowanie załogi. Z pewnością nikt nie ryzykował, by jeden niecierpliwy, niezadowolony człowiek zniszczył operację. Wszyscy musieli być syci, zadowoleni i chętnie pracować w koszmarnych warunkach, brudzie, pyle i 40-stopniowym upale.

Odciski w banku lub budynku – nie znaleziono. Kluczowy dla sukcesu złodziei był gipsowy pył, pokrywający grubą warstwą wszystko, na czym mogłyby zostać ślady.

W wyniku śledztwa odnaleziono tożsamość osoby pośredniczącej w zakupie wozów. W ten sposób ustalono, jakie to były samochody i policja błyskawicznie zablokowała drogi. To był dobry trop – pośrednika zatrzymano, gdy jechał ciężarówką z przyczepą, na której znajdowały się 3 z 10 poszukiwanych pojazdów. Przeszukano wszystkie auta, znaleziono w nich używane 50-tki. Ale było tego tylko 4 miliony reali. Pośrednik szedł w zaparte – nic nie wie, zapłacono mu za odtransportowanie pojazdów do Sao Paulo, do klienta. Klienta o nazwisku Paulo Sergio. Dalej ślad się urywał.

Dzięki zeznaniom inspektora sanitarnego, który kilka tygodni wcześniej sprawdzał budynek wytwórni trawników, ustalono tożsamość jednej z osób zaangażowanych w napad, znanego policji z innego przedsięwzięcia tego typu Jussivana Antonio Alvesa dos Santosa, ksywa „Niemiec”. Sprawdzono lotniska w Fortaleza – bingo! „Niemiec” w towarzystwie sześciu mężczyzn w zbliżonym wieku dzień po napadzie kupował bilety lotnicze, płacąc używanymi 50-tkami. Ślad znów prowadził do Sao Paulo.

Ciekawostka – w Sao Paulo w 2005 roku, kilka miesięcy przed wydarzeniami w Fortaleza, również miał miejsce napad na bank. Z podkopem w roli głównej. I identycznym scenariuszem. Napad na Trans Bank nie był jednak przedsięwzięciem przeprowadzonym w białych rękawiczkach – włamywacze po wejściu do banku wyciągnęli ciężką broń i wzięli zakładników. Wśród osób, które zidentyfikowano, był „Niemiec”, ale ostatecznie nikt nie potwierdził obciążających go zeznań i Jussivana wypuszczono.

Namierzono kolejnego fachowca, speca od tuneli. Moises Teixeira da Silva, pseudo „Kopacz”, był powiązany z napadem w Fortaleza, w Sao Paulo i był prawdopodobnym twórcą tunelu, przez który uciekło 108 więźniów z CarandiruKtokolwiek widział Carandiru chociaż na zdjęciach, nie pomoże w ściganiu osoby, która stamtąd uciekła.

Następnie odnaleziono dom w Fortaleza, w którym składowano 12 milionów reali w używanych 50-tkach. Jeden z aresztowanych, David da Silva, miał obfite portfolio związane z napadami na banki, jednak jego adwokat twierdzi, że był tylko wmanewrowaną w całą sprawę ofiarą – policja miała kogo zaaresztować, więc zaaresztowała. Jak i pozostali, da Silva odwołał początkowe przyznanie się do winy. Nic nie wie. Nic nie widział. Znalazł się tu przez przypadek.

Potem wyszła sprawa Luisa Fernando Ribeiro, osoby finansującej całą operację. Ze względu na całokształt swojej działalności Ribeiro został porwany dla okupu. Policja powiązała to wydarzenie z napadem na Bank Centralny. To nie był miły człowiek, nigdy nie pracował w białych rękawiczkach. Zawodowy morderca z zamiłowaniem do wykonywanej pracy, debiutował w fachu w wieku lat 12, zabił w sumie około 100 osób. Napad – prawdopodobnie – zorganizował, by zyskać środki na rozszerzenie działalności mafijnej, handel narkotykami i władzę. Porwał go ktoś na zlecenie konkurencji z policji stanowej. Mimo wypłacenia okupu Ribeiro zabito. Potem do sprawy włączyła się mafia. A potem było kolejne morderstwo, z użyciem piły mechanicznej i ognia. To ostatnie dzieło było niemalże oficjalnie podpisane przez PCC, Primeiro Comando da Capital, największą mafię Brazylii. Ribeiro był najprawdopodobniej ich człowiekiem i zdobywał dla nich pieniądze. Ale nie, to nie Luis był tajemniczym Paulo Sergio.

Policja federalna w wyniku szeroko zakrojonego śledztwa dokonała 30 aresztowań. Podejrzani konsekwentnie milczeli, nie odganiając od siebie podejrzeń i żywiołowo zaprzeczając związkom z mafią. Nawet wieloletni pobyt w miejscu podobnym do Carandiru jest lepszy niż ćwiartowanie i palenie żywcem. Odzyskano w sumie około 20 milionów reali. Reszta zniknęła. Prawdziwi inicjatorzy napadu nigdy nie zostali zidentyfikowani. Odbiór społeczny napadu do dziś jest bardzo pozytywny. Nawet jeden z prawników, broniących podejrzanych w procesie, powtarza: „I co? Nikogo nie skrzywdzili. Ciężko pracowali na swoje pieniądze. To była dobra robota”.

Styczeń 2011, Buenos Aires, Argentyna

3 stycznia 2011 w filii Banco Provincia w Buenos Aires odkryto, że w weekend zniknęło 10 milionów dolarów. Co ciekawe, w nocy napadu dwukrotnie włączył się alarm i wył przeraźliwie do przyjazdu radiowozu. Policjanci wyszli z samochodu, obeszli wejście, zajrzeli przez drzwi i wzruszywszy ramionami odjechali: „No, przecież nic się nie działo. Drzwi i okna całe. To tylko alarm. Jedziemy dalej”. O tym, jaką postawę przyjęli policjanci z patrolu, śledczy dowiedzieli się nie z monitoringu bankowego, a z taśmy kamery przemysłowej zlokalizowanej w pobliżu restauracji. Ech, zabezpieczenia.

Rabusie mieli dość czasu na robotę – 3 stycznia był pierwszym dniem pracy po długiej przerwie noworocznej. Włamywacze weszli do banku poprzez podziemny tunel, mający początek w oddalonym o 30 metrów budynku. Przewiercili się przez zbrojony beton i weszli do sali, gdzie zgromadzone były skrytki depozytowe.

Pracowali niesłychanie spokojnie, wybrali 143 skrywki z ponad 1,4 tysiąca, opróżniali tylko te największe i – zapewne – najwięcej warte. Dlaczego skrytki? Od krachu finansowego w 2001 ludzie na ogół przechowują swoje oszczędności w skrzynkach depozytowych. W momencie załamania sektora finansowego, na 10 lat przed włamaniem do Banco Provincia, miliony ludzi utraciły oszczędności życia zgromadzone na kontach banków. Od tamtej pory w depozytach obywatele składają twardą walutę, złoto, biżuterię, drogie zegarki, bo to bezpieczniejsze niż powierzenie bankowi choćby peso w gotówce.

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy – wielkość łupu. O ile zawartość skarbca w Fortaleza była przeliczona, choć nie zapisano numerów seryjnych banknotów, o tyle zawartość skrytek znali tylko ich właściciele. 10 milionów dolarów strat, to tylko szacunki.

Zdumiewające jest, jak długo złodzieje pracowali i jak bardzo nikt ich nie niepokoił. Podłogę – ten moment uwieczniła kamera monitoringu z sali depozytów – przebili w Sylwestra, 31 grudnia. Potem zrobili przerwę, porządkując teren i zapewne przy okazji świętując nadejście Nowego Roku. Kamery znów zarejestrowały ruch w banku 2 stycznia, w niedzielę. Bank oczywiście był wyposażony czujniki ruchu, lecz wykalibrowano je w taki sposób, by nie zbierały wszystkich drgań z okolicy, a szczególnie z usytuowanego opodal metra, od którego wszystko wpadało w wibrację. Alarm wstrząsowy włączał się regularnie od miesięcy, wszyscy byli już na to kompletnie uodpornieni.

Włamywacze opuścili bank rano, 3 stycznia, przed otwarciem banku. Nie niepokojeni wsiedli z workami łupów do białego renault kangoo i odjechali. Ten obraz również zarejestrowała kamera restauracji. Ulica powoli zapełniała się przechodniami.

Tunel, jak stwierdzono w śledztwie, był konstruowany przez około pół roku. W budynku, z którego wychodził, w lipcu 2010 dwie kobiety wynajęły biuro, oczywiście posługując się fałszywymi dowodami tożsamości. Podobnie jak w przypadku opisanych wcześniej wydarzeń w Brazylii, w biurze pozornie prowadzona była normalna działalność. Z biura prowadził szyb pionowo w dół, przechodził pod restauracją i dochodził do banku, zakręcając dokładnie pod pomieszczeniem depozytowym. Tunel posiadał instalację elektryczną i oświetlenie oraz system wentylacyjny. Ściany zostały odpowiednio wzmocnione. W toku śledztwa wyliczono, że koszty związane z tymi pracami wynosiły 13 tys. pesos miesięcznie.

Śledczych po wejściu do środka ucieszyło jedno – to była czysta robota, w białych rękawiczkach. „Imponujące” – stwierdził z łagodną aprobatą prokurator Nikilson. Trudno się dziwić jego postawie: na ogół dla służb śledczych napad na bank oznacza przemoc, krew i trupy, często trupy policjantów lub zakładników. Teraz była cisza, spokój – oraz całkiem logiczne założenie, że włamywaczom pomagał ktoś z banku.

Banco Provincia napadano w Buenos w poprzednich latach dwukrotnie, w dzielnicach Palermo i Pompeya. Podejrzanymi o te napady byli Héctor Marín i Eduardo Pesca Hernández – prokurator nawet wystąpił o ich aresztowanie… na dwa tygodnie przed noworocznym włamaniem. Jednak sędzia wtedy uznał, że dowody są za słabe i obu mężczyzn zwolnił. Po styczniu 2011 aresztowano ich. Ostatecznie w sumie 6 aresztowanych osób zgodziło się na ugodę sądową, w wyniku której najwyższą karą za to przestępstwo było 6 lat więzienia. Brak odcisków palców, brak świadków, brak jednoznacznych dowodów, a nawet nagrania z kamer niewiele pokazywały, bo kamery bankowe nie pokazują zbyt wyraźnie szczegółów. Jedynym poważnym dowodem było nagranie z monitoringu restauracyjnego, to z białym renault kangoo. Identyczny samochód został zarejestrowany w trakcie napadów w 2008. Nie odkryto wspólnika z banku, choć śledczy mieli pewność, że taki istniał. Nie pojawił się pomysł, czy ktoś stał za zleceniem napadu.

Październik 2017, Sao Paulo, Brazylia

Banco de Brasil w Sao Paulo to bank państwowy. Zawartość skarbca wynosi przeciętnie kilkaset milionów dolarów, a w okresie, w którym dokonano aresztowań wykonawców pewnego podkopu, wynosiła miliard reali, czyli 331 milionów dolarów. Jednak inaczej niż w opisanych wyżej przypadkach – ten napad udaremniono.

Pewnego dnia pracownicy banku zaobserwowali liczne pęknięcia na ścianach i stropach żelbetowego skarbca. Okazało się, że policja od pewnego czasu już wie o tunelu długości 500 metrów, zaczynającym się w budynku przy ulicy Antônio Buso i prowadzącym pod pękający skarbiec. Jedna z członkiń gangu cztery miesiące wcześniej wynajęła biuro na Antônio Buso, oczywiście posługując się fałszywymi dokumentami. Z biura, obecnie wyglądającego jak zaniedbana kanciapa na polskiej budowie, wyprowadzony został szyb, którym schodziło się do podziemnego korytarza. Wynajęte pomieszczenia były zabezpieczone akustycznie, by nie niepokoić sąsiadów. Prócz narzędzi i ubrań roboczych na miejscu była obficie zaopatrzona lodówka.

Tunel – jak w poprzednio opisanych wypadkach – przygotowany został przez kogoś, kto doskonale zna zagadnienie. Ściany i stropy stemplowane drewnianymi belkami i stalowymi prętami. Płyty OSB zabezpieczały górników przed osypującym się pyłem. W środku instalacja elektryczna, założone lampy i wentylacja. Wysokość tunelu wystarczająca, by mógł w nim swobodnie stanąć dorosły mężczyzna.

Gang namierzono i zanim nastąpiło zatrzymanie, dłuższy czas obserwowano. Nie mamy informacji, co sprawiło, że policja zainteresowała się tymi ludźmi i ich przedsięwzięciem. Donos? Wcześniejsze śledztwa i obserwacje? Ostatecznie aresztowania nastąpiły poza tunelem i biurem, w wynajętym na poboczach miasta magazynie, gdzie znajdowały się dodatkowe narzędzia, materiały oraz szyny do transportu worków z pieniędzmi wydobywanymi ze skarbca. Tam też czekało 7 skradzionych wcześniej samochodów.

Inwestycję gangu w sprzęt i pozostałe koszty wyceniono na około 4 mln reali, każdy z przyszłych włamywaczy miał złożyć się po około 200 tys. do wspólnej kasy (około 60 tys. dolarów na głowę).

Akcja aresztowania przebiegła szybko i bezkrwawo, a właśnie rozlewu krwi policja obawiała się najbardziej. 16 aresztowanych to – według oświadczeń policji federalnej – doświadczeni w swoim fachu kryminaliści, dobrze zorganizowani i brutalni. Przywódcą złodziei był Alceu Céu Gomes Nogueira, powiązany z rabunkiem w Paragwaju, skąd przy użyciu granatów, materiałów wybuchowych i karabinów szturmowych skradziono 13 mln dolarów. Wtedy też podczas szturmu zginął policjant. Za kradzieżą w Paragwaju stało potężne PCC – a czy za szykowanym teraz napadem też? W każdym razie, mimo że w w sprawie paragwajskiego napadu śledztwo zrobiło duże postępy, nie schwytano Nogueiry i odzyskano tylko część zagarniętego łupu. Czy jest możliwe, że to właśnie z tych pieniędzy finansowano nowy napad? Możliwe. Tak samo jak możliwe, że część fachowców poprzednio była zatrudniona przy napadzie w Fortaleza – to podejrzenie, z powołaniem się na źródła policyjne, podchwytują kolejne media. To w końcu też praca – jeśli umiesz napadać na banki i jesteś w tym dobry, po prostu cię do tego wynajmują. Z 16 zatrzymanych tylko dwóch nigdy nie było notowanych. Reszta ma w historii związki z różnego typu kradzieżami, a także zabójstwami.

Scenariusze

O napadzie w Fortaleza nakręcono film. Jest dostępny na YouTube. Zresztą wytwórnie filmowe zawsze lubiły pokazywać napady na banki – najlepiej takie, w których łamano liczne zabezpieczenia i oszukiwano system. Ameryka Południowa regularnie dostarcza kolejnych scenariuszy do takich produkcji. Włamy do banków są tam częste, a włamywacz to zawód. Wśród skorumpowanych policjantów, niedbałych o majątek klientów instytucji finansowych, w świecie, gdzie bogactwo o miedzę sąsiaduje ze skrajną nędzą, sięgnięcie po miliard dolarów wydaje się zrozumiałe, a nawet uzasadnione. Czasem jednak okazuje się, że pieniądze na napad wykłada ktoś bardzo duży, bardzo groźny i bardzo nieprzebierający w środkach. I wtedy można ubrudzić się krwią. Czy włamywacze dalej będą mieć białe rękawiczki?

źródło: zaufanatrzeciastrona.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *