Sztuka oszustwa lub oszustwo na sztukę – czyli kup pan rzeźbę

Ponoć nawet celebryci nabrali się na nowe Amber Gold. Superak na czerwono krzyczy, że Jolanta Fraszyńska straciła oszczędności życia przeznaczone na kupno mieszkania dla córki. Czy chodzi o nowy parabank, o lokaty, fundusze, papiery wartościowe?

Oglądaliście „Łowców Głów”? A „Vinci”? A może całkiem zwyczajnego Pana Fasolę w filmie „Bean: The Ultimate Disaster Movie”? Sztuka, drodzy Państwo, budzi emocje. Fakt, mało kto zna się na sztuce, a sądząc po komentarzach z mediów społecznościowych o treści „śliczne, cudne, czad, kozackie” oraz (moje ulubione) „ja bym tak nie potrafił/-a” pod postami artystów różnej maści, niewiele osób ma dobry gust, ale prawie każdy lubi poczuć się wyjątkowo. Dołączenie do snobistycznego grona koneserów sztuki to pierwszy krok, a stanie się posiadaczem dzieła sztuki to nobilitacja niedostępna dla plebsu. Kupujmy sztukę! Twórzmy sztukę! A co bardziej przedsiębiorczy niech dodadzą „zarabiamy na sztuce!”.

„Ogromne poczucie satysfakcji mam: wreszcie ktoś poniósł zasłużoną karę za brak smaku połączony z wyśrubowanymi ambicjami”. Na forum historyków sztuki w dyskusji, podobnej do tej z komentarzy pod artykułami Z3S o oszustwach typu SMS Premium itp., przewija się postawa „a żeby się wywrócił i twarz sobie rozwalił”. Na forum fachowców, którzy zęby zżarli na biciu się o dofinansowania, rekonstrukcje albo chociaż nieniszczenie zabytków, czuje się złośliwą satysfakcję z nieszczęścia arogantów. „Szkoda, że więcej osób nie dało się naciągnąć”, chichocze jeden z najbardziej utytułowanych naukowców.

Sztuka z mięsa

Sklep mięsny w średniej wielkości miasteczku w centralnej Polsce. Wśród wieprzowiny, cynadrów i pasztetowej krząta się młody mężczyzna, właściciel przedsięwzięcia. Biznes idzie dobrze, ale jest nudny i nierozwojowy. Codzienne użeranie się z klientami („pan mi źle ukroił”), pracownikami („szefie, ja jutro nie przyjdę, szefie, badania mi się kończą”), sanepidem (nie chcecie żadnego przykładowego cytatu, uwierzcie mi – nie chcecie go), pojawiające się problemy z chuliganerią nazywającą się wegańskimi bojownikami, która regularnie smaruje sprajem ściany sklepu i podrzuca głupawe ulotki – człek nawet w Pabianicach może mieć chęć, by żyć lepiej. Według właściciela sklepu mięsnego alternatywą dla babrania się w wątróbce drobiowej może być sztuka, a zwłaszcza sztuka współczesna.

Dla przedsiębiorczego masarza obraz ręcznie malowany jest więcej wart niż jakaś reprodukcja, więc szuka artysty, który chciałby rozpocząć z nim współpracę. Żeby był młody, mało znany, żeby jego prace mogły gwałtownie zyskać na wartości. Odpowiednią osobą okazał się pewien 31-latek, z zawodu budowlaniec, który za błędy młodości, czyli pobicia i rozboje, trafił kilka lat wcześniej do więzienia, a potem zresocjalizowany postanowił odmienić swoją egzystencję. Więzienie uczy, na warsztatach pozwalających zająć myśli i rozładować agresję rokujący nadzieję na powrót do społeczeństwa penitencjariusze malują i rysują, wyrażając swoje emocje i marzenia.

Jeśli ktoś myśli, że powyższe zdania zostały napisane z sarkazmem, myli się. Możliwość namalowania kulawego obrazka to często najlepsza rzecz, jaka może się trafić w świecie, gdzie nawet codziennie używany język, ten sam język polski, którym posługujemy się od dziecka, brzmi inaczej. Inaczej nazywa się miska, łóżko, szczotka do zębów i człowiek. Inaczej mówi się do współwięźnia, a inaczej do strażnika. Inaczej niż na wolności woła się o pomoc, inaczej pisze się listy do bliskich, inaczej rozmawia się z matką na widzeniach. Tylko rysunek może być taki, jaki by się namalowało na wolności. Niektórzy mają trochę zdolności, inni po prostu cieszą się tą odrobiną wolności, jaką daje zwykła, codzienna czynność. Tym właśnie dla wielu ludzi jest sztuka – wolnością.

Właściciel sklepu mięsnego porozmawiał z glazurnikiem i tak od słowa do słowa powstał pomysł, że niedawny garownik stanie się artystą. Obrazy kupi od niego już nie właściciel jatki, a świeżo upieczony marszand! Na początek artysta miał sporządzić 20 obrazów. Chłopaki zorganizowali trochę środków na zakup 20 gotowych podobrazi, farb i rozpuszczalników do olejnicy. Artysta machnął 20 dzieł. Marszand kupił je od malarza, ale nie za gotówkę, bo obrazy okazały się być sporo warte. Kupił, zapłacić obiecał później, należność zabezpieczył wekslem. Kwota, której żądał artysta za każde swoje płótno, wydała mu się uczciwa: jeden obraz miał kosztować 300 milionów złotych. Nie sądzę, by którakolwiek ze stron transakcji przejęła się tym, że 2 maja 2012 taki „Krzyk” Muncha sprzedał się za 140 milionów dolarów. Nie sądzę, by ktokolwiek z nich kojarzył nazwisko Munch. W każdym razie marszand wystawił owe 20 obrazów w swojej internetowej galerii, którą zarządzał z zaplecza mięsnego.

Potem było prosto – artysta, w ramach założonej działalności gospodarczej (działalność artystyczno-literacka) – wystawił odpowiedniej wysokości fakturę. Sprzedaż wykazał, złożył VAT-7. Podatku nie zapłacił, no bo z czego. Marszand zaś zażądał od fiskusa zwrotu VAT-u. I tu jest koniec krótkiej historii, bo bez względu na to, co kto myśli o sztuce i jej wartości, pewne jest, że w życiu na pewno przytrafią się nam śmierć i podatki. O podatek upomniał się fiskus. Kara za przewał podatkowy to więzienie lub grzywna, lub obie te rzeczy naraz. Ta grzywna wyniesie ponad 19 milionów złotych. W ramach sympatii do sztuki trzeba było wybrać jednak sztukę mięsa, panowie.

Wdowi grosz

W czasie gdy dwóch chłopaków z okolic Łodzi postanowiło wdrożyć prymitywnie durny przekręt, w okolicach Szczecina odcinała kupony od wieloletniej działalności handlarka obrazami takich mistrzów, jak Witkacy, Fałat, Chełmoński czy Kantor. Kobieta działała w tej branży przez wiele lat, najpierw z ukochanym mężem, a gdy podniosła się psychicznie po jego śmierci – sama. Dzielna kobieta pokonywała znaczące odległości, by wynaleźć okazje do nabycia dzieł i korzystnie, a zarazem wciąż w dobrej cenie, sprzedać je miłośnikom sztuki. Każdy z obrazów posiadał certyfikat autentyczności wsparty ekspertyzami najlepszych fachowców w branży. Dzieła wystawione były na jednej z platform aukcyjnych, w sprawie każdego z nich pani Joanna prowadziła staranną korespondencję z potencjalnymi nabywcami. Obrazy – niech rzuci kamieniem ten, kto ze względu na wartość transakcji nie próbował sprzedać czegoś np. na Allegro poza licytacją – starała się sprzedawać poza portalem, żeby uniknąć płacenia prowizji. Kupujący nie mieli nic przeciwko temu, argumentem bowiem było, że jeśli kupią coś nie przez platformę, to cena będzie nieco niższa.

Kto nie chciałby tanio kupić obrazu Witkacego?

Co do męża pani Joanny to można tylko powiedzieć, że całkiem szczęśliwie umarł. Jego śmierć była bowiem niezłym wyjaśnieniem, jakim cudem weszła ona w posiadanie tego czy owego szalenie wartościowego obrazu – odziedziczyła kolekcję po ukochanym mężu! A dlaczego dzieła sprzedaje tanio? Łza się do oczu ciśnie, gdy się pomyśli, jak bardzo musiała zubożeć, gdy zabrakło majętnego małżonka, jak próbowała wiązać koniec z końcem po jego niespodziewanym zgonie. Sprzedawała więc swoje Weissy i Fałaty za wdowi grosz i nie targowała się specjalnie. Zainteresowanym wysyłała zdjęcia dzieł. Wygląda na to, że za każdym razem potencjalny klient otrzymywał foto oryginału. Mailowo wysyłała metodą „prześlij dalej” korespondencję z rzeczoznawcami, którzy potwierdzali autentyczność oferowanych przez nią płócien. Naprawdę wszystko było OK.

W 2013 jeden z klientów Joanny F.-R. zgłosił na policję, że zakupił od ubogiej wdowy kolekcję 28 obrazów polskich mistrzów za łączną kwotę 27.700 zł (tak, niecałe 28 tysięcy złotych) i że ma obecnie poważne podejrzenia, że nabyte tą drogą malowidła mogą nie być autentyczne. Dokładnie opisał sposób przeprowadzenia transakcji, przekazał korespondencję mailową, udostępnił swój zbiór celem dokonania analiz.

Wszystkie adresy e-mail ekspertów, którzy wydali opinie pomocne w transakcji, były fałszywe. Korespondencja była wysyłana ze skrzynek, które osobiście zakładała zbolała wdowa i która sama wysyłała z nich wszelkie treści. Warto też wspomnieć, że nie wszystkie nazwiska autorytetów, na które się powoływała, były prawdziwe. Innymi słowy, żeby to delikatnie ująć, część rzeczoznawców w ogóle nie istniała. Dokładniej – żaden z ekspertów nie istniał. Jedno nazwisko było prawdziwe i ten akurat autorytet zmarł w 1974 roku.

Joanna F.-K. handlowała kopiami malunków wybitnych mistrzów, acz nie przejmowała się jakością. Jakość była zastępowana legendą. Klient dostawał zdjęcie oryginału, w internecie – jak wiemy – jest wszystko, a zwłaszcza fotografie autentycznych dzieł sztuki. No, a kto by odmówił wspomożenia ubogiej wdowy? Kto nie chciałby okazyjnie nabyć dzieła, które w przedsiębiorczych dłoniach prawdziwego człowieka biznesu wielokroć zyskałoby na wartości? Kto nie chciałby zrobić biznesu życia, handlując najpiękniejszymi płótnami o wybitnych walorach artystycznych i wspaniałej historii?

Kto nie chciałby się pławić w luksusach?

Na blogu Macieja Samcika, dziennikarza ekonomicznego GW, można przeczytać o sposobach zarabiania na dziełach sztuki. Nie, to nie jest tak, że każdy obraz przetrzymany odpowiednio długo w szafie zyska z czasem na wartości, ale szansa na krociowe zyski wydaje się kusząca. Pewna abstrakcyjna grafika Marii Jaremy, zakupiona w 1997 roku za 4.5 tys. zł, sprzedała się 8 lat później za 270 tys. Nie kręćcie się nerwowo na krzesłach – twórczość malarki znana jest chyba tylko znawcom rynku dzieł sztuki. Za to o Nikiforze Krynickim słyszał prawie każdy – bełkoczący kloszard malował swoje obrazki tuzinami i rozdawał za darmo, dziś za jego obraz można dostać kilka tysięcy złotych. Nikifor jest jednym z najczęściej podrabianych artystów, fałszywki można kupić na targowiskach za kilkadziesiąt złotych. Ryzyko niewielkie – utopienie takiej kwoty nie szkodzi nikomu, a zawsze jest nadzieja, że może to oryginał. No i w razie czego można powiesić na ścianie. Tak, chwalenie się rzeźbą, obrazem, grafiką znajomym to zrozumiały argument. Czasami wystarczy, by wyjątkowe dzieło cieszyło oko właściciela i jego najbliższych. Pal diabli, że przepłacone, pal diabli, że strata… Może kiedyś się wyrówna. I może sąsiadowi oko zbieleje.

Bankowcy jej nienawidzą!

W 2010 w Polsce powstaje Dom Aukcyjny Abbey House. Przygotowuje na polski rynek ofertę art banking, umożliwiającą inwestowanie w sztukę całkiem zwykłym obywatelom o przeciętnym portfelu. Wspomniany wyżej Samcik u progu 2012 roku przygotował na blogu całkiem zachęcający wpis, opowiadający o planach spółki, możliwościach i pewnych związanych z rynkiem sztuki zagrożeniach. Samcik komentuje, że inwestycje w sztukę w Polsce to totalna egzotyka, rynek jest niewielki, a większość polskich transakcji to iście groszowe strzały do 2 tys. zł za dzieło. Taka trochę ukryta tęsknota za światowością i rozmachem.

Rok 2012 to rok Amber Gold, przedsięwzięcia, które wraz z rozkwitem pierwszych pąków na krzewach, pokazało tęskniącym za rozmachem i światowością inwestorom, że jeśli liczy się gdzieś jakiś zysk, to tylko tych, którzy całość wymyślili. Komentatorzy podkreślali, że czujność inwestorów powinien od początku budzić fakt, że instytucja ta obiecywała nienormalnie wysokie zyski w określonych warunkach rynkowych, jednocześnie nie dostarczając inwestorom wiedzy, skąd weźmie środki na wypłatę owych zysków. Resztę historii wszyscy znamy, przed końcem 2012 roku Amber Gold został dymiącą kupą zgliszczy, na których smażyły się marzenia ciułaczy o potędze.

Na wiosnę 2013 roku spółkę Timeless Art and Design zakłada Joanna Segelström. Według doniesień medialnych kobieta zaczyna działalność jeszcze w 2012 roku, dyskretnie. Wspiera ją syn, Mikael. Timeless Art and Design oferuje inwestycje w sztukę i gwarantowany, wysoki zysk. Gwarantuje 18% w pół roku przy minimalnej inwestycji 100 tys. zł. To nienormalnie dużo, to dwakroć więcej niż oferował kolos Amber Gold. To 4 razy więcej niż oferuje upadający właśnie projekt Abbey House. Wszystko dlatego, że pani Joanna, Polka od wielu lat mieszkająca w Szwecji, miała szczególną wizję rozwoju swojego biznesu. Wiara – podkreślała – trzeba mieć wiarę. Działała z rozmachem. Nie ograniczyła się do administrowania strony internetowej z zaplecza jakiejś graciarni, nie występowała w roli ubogiej wdowy, nie ograniczała się też do rynku polskiego. Odważnie otworzyła galerie w miejscu zamieszkania, Trelleborgu, niedaleko w Malmö, a dalej w Gdyni, Białymstoku, Warszawie, hiszpańskiej Marbelli, w Miami, Luksemburgu oraz w Dubaju. Inwestycje, jakie zaproponowała, były czymś w rodzaju artystycznego time-share. Amatorzy wysokich zysków, przekonani do tego, by w dziełach sztuki widzieć własne pragnienia, dążenia, marzenia kupowali efektowne rzeźby. Mimo że formalnie była przenoszona na nich własność owych przedmiotów, dzieła pozostawały w dyspozycji galerii Timeless, by cieszyć oko wielbicieli sztuki i przyciągać kolejnych inwestorów. Dzieła owe miały być następnie odkupowane od inwestorów za gwarantowaną cenę z zyskiem i zaraz ponownie sprzedawane. Inwestor miał osobisty interes w tym, by jego nowa własność nie znajdowała się w jego posiadaniu.

Szwedzka prasa rozpływała się w zachwytach nas rodziną Segelström, ich projektem i prezentowanymi tam dziełami. Odbywały się kolejne wydarzenia medialne. A prezeska przedsięwzięcia emocjonalnie opowiada o ukochanej przez nią sztuce. Przyciąga inwestorów. Przypominam – w tym czasie Maciej Samcik twierdzi, że polski rynek sztuki jest niebogaty, nastawiony na niedrogie okazje i póki co nie ma szans na dogonienie trendów Zachodu. A Joanna Segelström znajduje bez problemu ludzi, którzy powierzają jej kwoty rzędu kilkuset tysięcy złotych. Transakcje zawierane są w eleganckich wnętrzach galerii, ulokowanych w prestiżowym otoczeniu. Tak, oczywiście, jest też oferta dla mniejszych inwestorów – poniżej 100 tys. można mieć zysk rzędu 15%.

Ponoć za biznesem Timeless stoi anonimowy miliarder z USA, który kupuje rzeźby niemal przemysłowo. Bierze wszystko, jak leci, z katalogu, ale płaci oczywiście dopiero po dostarczeniu rzeźb do siebie. Aby Joanna miała kapitał na opłacenie artystów zawiera z inwestorami tak naprawdę coś w rodzaju umowy pożyczki, a że ma potem gwarantowany zbyt na te rzeczy, to może oddawać pieniądze z ogromnym zyskiem.

No i cały czas było widać, że kobieta kocha sztukę ponad wszystko. Nagrania, które można znaleźć w sieci, pokazują ogromne przedsięwzięcie, pełne luksusu, splendoru, świątynie piękna otoczone bogactwem. Szampan, harfiarki, skrzypkowie. Dziewczęta, wesołe dzieci, wzruszone kobiety. Mężczyźni polerujący auta szejków arabskich. Polscy inwestorzy w lekkich koszulach i bez krawatów. Nagrania, które w swoim reportażu wykorzystała stacja TVN24, pozwalają usłyszeć opowieści Joanny o sztuce. Piękne, po prostu piękne.

Teraz autorka niniejszego tekstu musi zrobić dygresję i nieco się przedstawić. Z pierwszego wyuczonego zawodu jestem instruktorką filmu i fotografii, uczę sztuki. Właśnie sztuki, a nie tylko fotografii, bo wychodzę z założenia, że bez pewnej uniwersalnej wiedzy trudno rozwinąć wrażliwość fotografa czy filmowca. Oglądając materiały dotyczące Joanny Segelström, śmiałam się tak potwornie, że miałam kłopot z pisaniem tekstu. Wiecie dlaczego?

Bo poza emocjonalnymi słowami, poza prestiżem, wypożyczonymi ferrari i plumkającymi na fortepianie klezmerami, tam, na ścianach i postumentach w Timeless Galleries, jest kicz i chała. Tak straszliwa chała, że nie mogę uwierzyć, że nikt tego nie dostrzegł. Że spoza wizji krociowych zysków, spoza drogich alkoholi i plastikowych ust właścicielki przedsięwzięcia nikomu nie zaświeciło w głowie, że to, na co patrzy, to tak naprawdę nieco lepsza wersja oleodruków z Ikei.

Król nie jest nagi, dopóki nikt tego nie powie.

W każdym razie schody zaczęły się w 2016 roku, gdy pierwsi inwestorzy zaczęli się awanturować o swoje pieniądze. Na forach zaczęli się ujawniać ci, którzy dzień do dniu odbijali się od zamkniętych drzwi i głuchych telefonów. Korespondencja od przemiłej madame Joanny pojawiała się tylko po szwedzku. W styczniu 2017 roku nazwa Timeless pojawiła się w ostrzeżeniach KNF. Pracownicy Timeless, szalenie aktywni na forach, z oburzeniem reagowali na zarzuty i obiecywali rychłą wypłatę obiecanych zysków.

Ich wypowiedzi, również wypowiedzi prezeski spółki, mieszają się z głosami osób, które czuły się coraz bardziej oszukane. Nikt już nie czekał na zyski, coraz więcej ludzi chciało po prostu odzyskać oszczędności życia. Okazało się, że pewna grupa inwestorów włożyła w biznes Segelströmów również pieniądze pochodzące z kredytów – wszak zyski miały przewyższyć koszty pożyczek…

Wg wstępnych ustaleń kwota, jaką sprzeniewierzyła zakochana w prawdziwej sztuce blond piękność, to około 300 milionów złotych (na forach znajdują się informacje nawet o 500 milionach). W biznes zaangażowana była rodzina Segelström oraz trudna na razie do określenia ilość doradców finansowych. Strona internetowa spółki dalej działa. Strony na społecznościówkach zapraszają do odwiedzenia i nie ma tam złego słowa o Pani Joannie. Można też kupić drobną wierzytelność.

źródło: zaufanatrzeciastrona.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *