O tym, jak amerykańscy naukowcy odkryli, że są świnkami morskimi

Tak to jest – konstruujesz bomby, pilnujesz eksplozji i to jest twoja praca. Nikogo nie zamierzasz krzywdzić, więc eksplozje odbywają się na terenach wyludnionych. Tu nikt nie mieszka. Zaraz spakujesz notatki i też się wyniesiesz.

Chyba, że jesteś częścią eksperymentu. Trzy, dwa, jeden: apocalypse now. Bikini – obecna populacja – zero. Mieszkańcy Bikini mieszkają dziś na Kili, na pozostałych wyspach Marshalla, a także Australii, Nowej Zelandii i USA. Niewielu ich – około 1400 osób. W 1998 rok sąd orzekł, że Bikińczycy mają otrzymać od rządu USA odszkodowanie w wysokości 100 milionów dolarów. Obecnie Bikińczycy z Kili dostają w ramach wsparcia finansowego ze strony rządu USA i Wysp Marshalla rocznie 15 dolarów w naturze: każda rodzina na wyspie otrzymuje 2-3 razy w roku paczki zawierające 1-2 porcje mrożonych kurczaków, 2-4 20-kilogramowych worków mąki i 2-4 worki ryżu. Na wyspie działają sklepiki oferujących tubylcom sól, tabasco, cukierki i amerykańskie konserwy. Od roku 2006 mieszkańcy Kili mają dostęp do energii elektrycznej z centralnego agregatu prądotwórczego zasilanego dowożonym paliwem, łączności satelitarnej i komputerów.

Krewetka w raju

Z raportu IAEA, International Atomic Energy Agency, 1996 rok: „Bezpiecznie jest chodzić po wszystkich wyspach (atolu Bikini), (…) chociaż obecna radioaktywność na wyspach na atolu Bikini jest wciąż wyższa niż na innych atolach na wyspach Marshalla, nie jest niebezpieczna dla zdrowia na poziomach zmierzonych. (…) Istnieje wiele miejsc na świecie, w których ludzie żyją od pokoleń o wyższym poziomie radioaktywności (pochodzącej) ze źródeł naturalnych – takich jak środowisko geologiczne i słońce – niż obecny na atolu Bikini. Wg zgodnych międzynarodowych kryteriów naukowych i medycznych powietrze, powierzchnia ziemi, woda w lagunie i woda pitna są bezpieczne. Nie ma ryzyka radiologicznego podczas odwiedzin w lagunie lub na wyspach. Testy broni jądrowej praktycznie nie pozostawiają cezu w życiu morskim. Cez zalegający w lagunie już dawno uległ rozproszeniu w oceanie”.

W lutym 1954 roku wszyscy mieszkańcy Bikini zostali wysiedleni. W ramach projektu Castle Bravo 1 marca miała zostać przeprowadzona próbna eksplozja termojądrowa. Półtora roku wcześniej Amerykanie planowo wykonali pierwszy tego typu eksperyment na pobliskim atolu Enewetak. Na Enewetaku zresztą bez przerwy coś wybuchało, przez 10 lat amerykańscy naukowcy zrobili tam 43 próby z bronią atomową. Wybuch na Bikini jednak miał być inny. W osobistych wspomnieniach doktora Johna C. Clarka, naukowca, specjalisty nadzorującego liczne testy nuklearne, czytamy, że początkowo nic na to nie wskazywało. Prowadzono badania nad bombą o „stosunkowo dużej przewidywanej wydajności”. Starano się z góry ustalić wszystkie zagrożenia i uwzględnić wszelkie ewentualności. Bomba miała siłę odpowiadającą wybuchowi 15 mln ton TNT czyli 1000 razy większą niż ta, którą Enola Gay zrzucił nad Hiroszimą. Naukowcy byli świadomi, że ich przewidywania to trochę loteria – energia uwolniona przez wybuch termojądrowy nie mogła być przewidziana z absolutną dokładnością. Starano się oszacować możliwie jak najdokładniej, w jaki sposób rozejdzie się fala uderzeniowa, fale pływowe oraz jak ukształtuje się opad radioaktywnych cząsteczek z chmury jądrowej.

Miejsce eksperymentu, atol Bikini, to nawet w lutym przepiękne miejsce. Żeby przygotować pas lądowania dla helikopterów naukowców, wycięto palmy kokosowe. Niedaleko mieścił się solidny bunkier, trochę nie na miejscu w rajskim otoczeniu. Jego dach pokrywał koralowy piasek, o którym eksperci od radiacji twierdzili, że zatrzyma bezpośredni opad radioaktywnego pyłu. Bunkier został tak skonstruowany, by oprzeć się co najmniej 1,5 m fali pływowej. Konstrukcja ze zbrojonego betonu miała wytrzymać nadciśnienie i efekty podciśnienia oczekiwane po wybuchu. Bunkier powinien być wystarczającym zabezpieczeniem dla obserwatorów, znajdujących się odpowiednio daleko od eksplozji bomby. Bomba zaś, o czym warto wspomnieć gwoli ścisłości kronikarskiej, nazywała się Shrimp. Krewetka.

Po południu pilot śmigłowca będącego do dyspozycji naukowców przeniósł ich do pierwszej stacji przyrządów. Herb Grier, inżynier elektryk z Bostonu, sprawdził niektóre z instrumentów pomiarowych. Clark zamknął część obwodów w bunkrze. Zadaniem Clarka było sprawdzenie wszystkiego, a następnie, kiedy wszystko było w porządku, uzbrojenie bomby. Jeden z inżynierów odkrył, że hel, używany w eksperymentach optycznych, wycieka z jednego z kluczowych układów. Szybkie kalkulacje uzmysłowiły naukowcom, że do następnego ranka nie będzie wystarczającego ciśnienia w zbiornikach, aby przeprowadzić eksperyment.

Clark przekazał te informacje do dr Alvina C. Gravesa, zastępcy naukowego dowódcy grupy zadaniowej, który był na pokładzie dowództwa. Bez tego eksperymentu test nie zostanie przeprowadzony, a wiadomo było, że nie da się naprawić przecieku w krótkim czasie. Gdyby jednak udało się opóźnić procedurę uzbrajania na 7 godzin i otworzyć zawory w ostatniej chwili, nadal będzie wystarczająca ilość helu do eksperymentu. I trzeba było się śpieszyć, żeby zdążyć przed zmrokiem…No i czy pogoda będzie dobra, żeby nie ryzykować, że opad radioaktywny przeniesie się poza przewidywany rejon…?

Atmosfera musiała być nieco piknikowa – inżynierowie pracowali, piloci helikoptera przynieśli jedzenie znalezione po robotnikach, pracujących tam wcześniej, stacje meteo spokojnie przekazywały meldunki o niezmiennej, pięknej pogodzie.

Krótko przed 23. ekipa otworzyła zawory zbiorników helowych. Następnie Clark poprosił o pozwolenie ze statku dowodzenia na uzbrojenie bomby. Przy eksperymentach tego typu należało zawsze zachować najwyższą ostrożność – m.in. sprawdzić, czy nikt niepowołany nie znajduje się ani na wyspie ani w pobliżu miejsca, gdzie ma mieć miejsce eksplozja. We wszystkich eksperymentalnych próbach atomowych do tej pory ta ekipa fachowców uzbrajała bomby ręcznie, nie automatycznie, a każdą czynność sprawdzała inna osoba. Wszystko było ok, pozostało wsiąść do śmigłowców i odlecieć. Inżynierowie udali się do bunkra, a pozostali na statki, które jak najszybciej zaczęły się oddalać od miejsca planowanej eksplozji.

Bezpieczeństwo eksperymentu jest najważniejsze

Przyszedł kolejny raport pogodowy – wszystko ok. Samoloty zakończyły loty poszukiwawcze w okolicy i nie widziały żadnych zabłąkanych statków. Przeoczono w bezmiarach wód mały japoński trawler Fukuryu Maru (Szczęśliwy Smok) – łowiący ok. 120 km od Bikini.

Ostatnie przygotowania. Generatory włączono i zamknięto szczelne drzwi pomieszczenia, w którym się znajdowały. Zabezpieczono bunkier, w którym znajdowali się naukowcy. Zapieczętowano podwodny właz wodoszczelny i odporny na wybuchy.

Grieg wcisnął przycisk automatycznego zegara sekwencyjnego. Wbrew powszechnemu przekonaniu wciśnięcie czerwonego guzika nie uruchamia bomby. Wszystko odbywa się elektrycznie dzięki zegarowi sekwencyjnemu, a nadzorujący procedurę do ostatniej sekundy mogą powstrzymać wybuch. Ponadto w obwodzie wbudowane są urządzenia „no-go”, które automatycznie zapobiegają detonacji, jeśli coś nie będzie gotowe do prawidłowego działania. Podczas większości detonacji jądrowych przeprowadzane są setki eksperymentów, ale zwykle ogranicza się te, które mogą zablokować detonację do czterech lub pięciu.

Clark wspominał, że te ostatnie sekundy w pokoju kontrolnym są zawsze pełne napięcia. Eksperymentatorzy uważnie obserwują panel kontrolny i przełączające się tam z czerwonych na zielone światła. Pracują super czułe kamery, pokazujące obraz bomby. Nie chodzi o to, by bomba wybuchła – chodzi o to, by wiedzieć, kiedy i jak wybuchła. Chodzi o naukę.

Clark uprzedził ekipę, że choć nie są spodziewane żadne trudności, to należy nastawić się, że odczują falę uderzeniową, może też przepłynąć woda nad budynkiem.

Odliczanie do H.

Światła świeciły na zielono, meldując o pełnej gotowości całego układu. Jęczał zegar sekwencyjny. Trzydzieści sekund do H. Piętnaście. Dziesięć. Trzy… Dwie… Jedna…

ZERO

H.

Chyba już. Clark zadzwonił do dr Gravesa, stacjonującego na statku dowodzenia 70 km dalej. „Jak poszło?” zapytał. „It’s a good one” usłyszał. W bunkrze nikt nie odczuł żadnych skutków wybuchu. Chyba ok…

Mniej niż 20 sekund po ZERO cały budynek zaczął powoli kołysać się w nieopisany sposób. Clark złapał się panelu kontrolnego. Niektórzy z mężczyzn po prostu usiedli na podłodze. Trwało to tylko kilka sekund i uspokoiło się. Po chwili budynek zachwiała fala wstrząsu gruntowego, tym samym falującym ruchem. Potem, minutę później, podmuch powietrza. Najpierw nadciśnienie, potem ssanie podciśnieniem. Betonowy budynek skrzypiał, ale pozostał nienaruszony.

Jeden z inżynierów zauważył, że przez przewody w panelu sterującym napływa trochę wody. Woda w toalecie zaczęła strzelać do sufitu. Tego się nie spodziewano, owszem, efekty wodne miały się pojawić, ale wg szacunków dopiero 6 minut później.

Przez kilka następnych minut nic się nie wydarzyło. Clark: „Czekaliśmy na ewentualny efekt pływowy. H plus siedem minut minęło. Nic się nie stało. H plus dziesięć minut. Wreszcie w H plus czternaście zadzwoniłem do doktora Gravesa i powiedziałem mu, że otworzymy drzwi. Ostrożnie Sanderson przesunął stalową płytę, aby upewnić się, że nie jesteśmy pod wodą. Kiedy nic się nie stało, otworzył drzwi. Na zewnątrz wszystko było spokojne.

Clark został w środku, aby obsłużyć radio, inni wyszli obejrzeć grzyb. Clark dołączył do nich po chwili, biorąc ze sobą licznik Geigera. Grzyb przemienił się w wielką, białą chmurę. Naukowcy oglądali drzwi, uszkodzone w wyniku wybuchu. Odwrócili się i sprawdzili licznik promieniowania. 8 mili rentgenów. To mało, to dawka promieniowania o wiele mniejsza niż w trakcie zwykłego prześwietlenia klatki piersiowej.

Clark: „Kiedy patrzyliśmy, licznik przeszedł do 20 mR, a następnie do 40. Chociaż nie była to jeszcze niebezpieczna radioaktywność, nie powinno być żadnego promieniowania w odległości, w której znajdowaliśmy się od wybuchu bombowego. To może oznaczać tylko jedno: opad radioaktywny już ma miejsce. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Wiatr miał wiać w niemal przeciwnym kierunku. Ale nasze liczniki Geigera rejestrowały radioaktywność, a liczniki są zazwyczaj dokładne.

50 mR. Rośnie. Clark zarządził, by wszyscy weszli do bunkra. Dawka 75 do 125 R otrzymywana w krótkim czasie może powodować nudności i inne objawy choroby popromiennej, dawka 450 R jest śmiertelna. W pokoju kontrolnym było 20 mR. Gdy kilka minut później Clark dzwonił znów do Gravesa, zameldował, że w pokoju kontrolnym jest już 50mR. Pojawił się pomysł, by po ekipę wysłać helikoptery, ale prawdopodobna wielkość opadu radioaktywnego była zbyt duża. Póki promieniowanie wewnątrz budynku nie jest zbyt wysokie, lepiej zostać na miejscu.

Było bardzo nerwowo. W ciągu kilku minut poziom promieniowania w sterowni osiągnął 100 mR. To zdecydowanie powyżej bezpiecznego poziomu, na którym można pozostać przez długi czas. Inżynierowie sprawdzili budynek, by zorientować się, czy któreś z pomieszczeń nie jest bezpieczniejsze niż sterownia. Pokój jednego z nich, przy drzwiach, był napromieniowany o wiele bardziej niż sterownia. Pokój radiowy – to samo. Zostały tylko trzy pokoje – pomieszczenie komunikacyjne, małe biuro Clarka i pomieszczenie do przetwarzania danych. Wszyscy odetchnęli z ulgą, okazało się, że w pomieszczeniu danych promieniowanie wynosi tylko 10 mR. Zostali tam. Mieli kolejno łączyć się radiowo co 15 minut.

Godzinę po wybuchu wystawiony ostrożnie na zewnątrz licznik Geigera zaterkotał i pokazał 40 R. Jeden z naukowców ryzykując poważnie zdrowiem, pobiegł po dokumentację filmową z wybuchu. Przyniósł ze sobą mnóstwo pyłu, więc trzeba było wyłączyć klimatyzator, by radioaktywne cząstki nie krążyły w powietrzu. Było duszno, gorąco i wszyscy zgłodnieli. W dodatku ucichło radio – promieniowanie dotarło do statku dowodzenia i trzeba było się ewakuować. Powoli zdychał generator prądu.

Do popołudnia poziom promieniowania przestał wzrastać i ustabilizował się na poziomie 20 R. Akcja ratunkowa miała zacząć się o 17.30. Naukowcy owinęli się pościelą, by w drodze do helikopterów utrzymać radioaktywny pył z dala od ciał. Śmigłowce wisiały w powietrzu, czekając na cała załogę. W ciągu 20 minut zostali przetransportowani na statek, wzięli tam prysznic i poddali się dokładnej kontroli promieniowania.

Było ok. Wszyscy byli ok.

Wściekła Krewetka

Konstrukcja bunkra uratowała eksperymentatorów. Oszacowano, że promieniowanie radioaktywne poza ich blokiem miało kilkaset rentgenów. Bez osłony wszyscy otrzymaliby śmiertelną radioaktywną dawkę. 23 japońskich rybaków z przeoczonego przez amerykańskie patrolowce kutra ponad 120 km od miejsca eksplozji, było poparzonych. 28 osób personelu ze stacji meteo oraz i 236 tubylców na Rongelap, Rongerik i Utirik również zostało napromieniowanych.

Ludzkie świnki morskie” powtarzał oburzony Clark, gdy funkcjonariusze Obrony Cywilnej wyrażali swój entuzjazm: od dawna mieli nadzieję na coś więcej niż teoretyczne dane na temat tego, co może się wydarzyć w warunkach ekstremalnego promieniowania, jeśli ludzie mają odpowiednie zabezpieczenia. I oto pierwszy raz żywi ludzie znajdowali się w obszarze śmiercionośnego promieniowania i nie byli ranni, a to wszystko dzięki odpowiedniej ochronie. Obrona Cywilna dowiedziała się właśnie, że gdyby na amerykańskiej ziemi wróg zrzucił bombę, to schronienie w staroświeckiej piwnicy cyklonowej z osłoną ziemi o ok. metra zmniejszyłoby poziom promieniowania do około 1/5000 tego na zewnątrz!

Ekipa naukowców wróciła na miejsce eksperymentu dwa dni później. Poziom promieniowania nadal był zbyt wysoki, by zostać tam dłużej.

Krewetka okazała się bardziej wydajna niż początkowo obliczano. Betonowy bunkier znajdujący się 8 km od miejsca wybuchu został całkowicie zniszczony. W miejscu pracy naukowców, 32 km od eksplozji, zniszczone zostały wszystkie naziemne budynki prócz bunkra. Przy przygotowaniach do eksplozji nie przewidziano, że 7lit wchodzący w skład paliwa termojądrowego ulegnie rozpadowi na tryt, hel i neutron. Ta dodatkowa produkcja trytu i neutronów zwiększyła moc Krewetki prawie czterokrotnie niż wg najłagodniejszych obliczeń i dwukrotnie niż w najostrzejszych. Kula ognia 5 ciągu minuty wspięła się na wysokość 11 km i miała 5 km średnicy, po mniej niż 10 minutach rozszerzyła się do 100 km. Chmurę i kulę ognia było widać z atolu Kwajalein, 450 km dalej. Miejsce, w którym zdetonowano bombę – wieża, sprzęt, wysepka – zniknęło.

Sprowadzono buldożery, by zdjąć wierzchnią warstwę gleby i wepchnąć ją do oceanu. Zmniejszyło to poziom promieniowania wokół bunkra na tyle, że naukowcy mogli go użyć ponownie do części pracy testowej. Ale nie chcieli już tam pracować. Amerykańscy naukowcy, sumiennie wykonujący swoją pracę nie chcieli już być  laboratoryjnymi świnkami morskimi.

Mieszkańcy Bikini powrócili na swój rodzimy atol na przełomie lat 60. i 70. Jednak utrzymujące się skażenie gleby promieniotwórczym cezem okazało się śmiertelnym niebezpieczeństwem. Maleńka społeczność zaczęła chorować na nowotwory. Rosła umieralność niemowląt. Nie było sensu tam dłużej mieszkać – w 1978 roku mieszkańców przesiedlono na Kili. Podobno potomkowie mieszkańców Bikini wciąż czekają na to, by mogli wrócić na swoją wyspę. Może wrócą.

źródło: zaufanatrzeciastrona.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *